Nasz dom na skale, zawieruchy i wierność Boga
Sławcia - zakompleksiona, nieśmiała, samotna, stojąca na boku w klasie. Mój charakter sprawiał, że od dziecka garnęłam się do Kościoła. Moją „przyjaciółką” stała się Maryja. To, że mogę schronić się w jej ramionach, pomogła mi odkryć moja katechetka s. Teresa Wójcik – urszulanka, która uczyła mnie religii przez całą szkołę podstawową i średnią. Słuchałam z wielkim zainteresowaniem, o czym siostra mówi, na lekcje religii biegłam z radością. Siostrze Teresie w pewnym sensie również zawdzięczam moją miłość - jedyną, która trwa do dziś - już blisko 30 lat.
Jako nastolatka na religii usłyszałam, że o dobrego męża możemy się modlić do św. Antoniego. Odtąd powierzyłam moją przyszłość Maryi i prosiłam o wsparcie św. Antoniego. Miałam ogromne pragnienie, aby mój przyszły chłopak i mąż był blisko wiary i Kościoła – to była najważniejsza cecha, jaką powinien posiadać. No i stało się. Był maj, miesiąc Maryi i miesiąc zakochanych. Miałam 16 lat (1980 rok). Szłam z moim młodszym bratem ministrantem na nabożeństwo majowe. Minął nas, obok mojego ukochanego kościoła pw. Św. Augustyna w Warszawie, pewien chłopak. Poczułam, jak serce uderzyło z olbrzymią siłą. Mój brat powiedział mu ,,cześć”, byłam tym zaskoczona. To twój kolega? - spytałam (ten chłopak wyglądał na ok. 20 lat). Brat powiedział, że też jest ministrantem i go zna. Mój brat w przeciwieństwie do mnie był śmiały i zaczepny, więc ta różnica wieku nie była problemem, aby się kolegować. I właśnie 9-letni brat był pośrednikiem, którym posłużył się Pan Bóg, aby nas ze sobą poznać. Od niego dowiedziałam się, że on ma na imię Bogdan, studiuje, a także kiedy ma dyżury ministranckie i kiedy służy do Mszy Świętej. Ku mojej radości zobaczyłam, że jest bardzo często na moim ukochanym nabożeństwie majowym. Stałam pod filarem w kościele i nie tylko modliłam się, ale także co jakiś czas na niego zerkałam.
Mój rezolutny brat Dariusz zaanonsował mnie w ,,grupie starszych ministrantów” wiernych nabożeństwu majowemu. Znalazłam się więc bliżej mojej ,,pierwszej miłości”. Chodziliśmy na majowe, a potem razem na spacer albo do małej kawiarenki ,,Marzenie” w pobliżu kościoła na Nowolipkach. Okazało się jednak, że mój wybranek ma dziewczynę. Zaczęłam się modlić do Maryi, aby pełniła się wola Boża-nie nalegałam na to, że to ma być mój mąż. Wiedziałam, że Bóg wie lepiej, choć nie ukrywam, że momentami było trudno. Miałam jednak już swoje ,,kościelne towarzystwo” – nie czułam się samotna. Byłam zapraszana na imieniny czy sylwestra. To był prezent od Pana Boga i krok ku temu, by wyzbywać się kompleksów i nieśmiałości.
Po roku przyszły moje imieniny 25.04.1981- zaprosiłam moich znajomych, także Bogdana z jego dziewczyną. Przyszedł sam. Tego wieczoru był dla mnie bardziej miły niż zwykle i wyraźnie zaczął mnie wyróżniać. Następnego dnia w niedzielę, pod pozorem skorzystania z telefonu (to były czasy gdzie nie w każdym domu był telefon), przyszedł do mnie po niedzielnej Mszy Świętej i… siedział do wieczora. I tak powoli się zaczęło. Przychodził coraz częściej, zaczęły się wspólne spacery. Na początku miałam problem, zastanawiałam się, co z tą dziewczyną. Wszystko to oddałam jednak Maryi. Po pewnym czasie rozstali się na dobre.
Zaczęliśmy się spotykać. Potem 5 lat chodzenia ze sobą, czas olbrzymiego zmagania się z czystością, wielu modlitw i łez, aby w tej czystości wytrwać do ślubu. Przyszedł moment planowania wspólnej przyszłości i pojawiły się trudności. Mój wybranek był jedynakiem i jego mama z wielką nieufnością patrzyła na mnie jako na przyszłą synową. Tata Bogdana był małomówny, ale wystarczyło niewiele słów, pełne łagodności i przyjaźni spojrzenie, żeby nabrać otuchy, że będzie dobrze. Nie dane mi było cieszyć się długo jego życzliwością. Dostał wylewu, został sparaliżowany, przestał mówić. Wiele miesięcy w szpitalu na oddziale neurologii. Kiedy mogłam chodziłam do niego, jak potrafiłam pomagałam przy jego pielęgnacji. Czułam jak bardzo jest mi bliski, choć nie był jeszcze moim teściem. Potem przykuty do łóżka leżał w domu. Widziałam jego łzy płynące z niemocy.
Mimo tej choroby zaczęliśmy planować ślub. Wiedzieliśmy, że będzie trudno, bo Bogdana mama była chora na serce i na pewno nie dałaby rady sama opiekować się swoim mężem. Nakłaniała nas żebyśmy ślub odłożyli, ale tata Bogdana swoim wyrazem twarzy, bo tylko tak mógł, dawał znać, że chce żebyśmy się pobrali. Wszystko było już zaplanowane, zamówione, jednak trzy miesiące przed zaplanowaną datą umiera ojciec Bogdana. Znów zmaganie: odkładać o rok czy nie. Po wielu modlitwach i spowiedzi postanowiliśmy wziąć ślub, ale nie robić wesela. Moja przyszła teściowa była tym wzburzona - bo przecież był to czas ,,rocznej żałoby”. My jednak nie zmieniliśmy zdania. 12.07.1987 roku przyszedł ten upragniony dzień. Na Mszy Świętej, w czasie której udzieliliśmy sobie sakramentu, byliśmy szczęśliwi. W naszym kochanym kościele św. Augustyna czuliśmy bliskość Pana, który jest z nami. I dlatego nie było w nas żadnego spięcia, nieśmiałości, tylko radość. To dostrzegli goście, którzy byli na naszym ślubie. Po uroczystości pojechaliśmy na grób do taty Bogdana, złożyliśmy kwiaty i powiedzieliśmy o naszym szczęściu wierząc, że wstawia się za nami na progu naszego nowego życia. Potem odbyło się skromne przyjęcie bez muzyki i zaczęła się szara codzienność.
Zamieszkaliśmy z teściową. Był to bardzo trudny czas. Ciągłe pretensje o to, że nie odłożyliśmy ślubu, o to że chcemy mieć chwile tylko dla siebie. Były takie momenty, że biegłam z płaczem do kościoła i błagałam o pomoc, żeby nie uciec od męża do rodziców. Bogdan był między młotem a kowadłem, chciał być dobrym mężem i synem. Tłumaczył, żebym wytrzymała, że jego mama jest teraz sama bo straciła męża i w jakiś sposób syna, który już nie jest tylko jej. Wiele łez, cierpienia całej naszej trójki. Po roku wyprowadziliśmy się wbrew teściowej do domku na peryferie Warszawy. Właściwie była to wtedy rudera- pokój z kuchnią na działce moich rodziców. Ja studiowałam, mąż pracował, ale uzbieraliśmy trochę oszczędności przez pierwszy rok małżeństwa i zaczęliśmy remont naszego gniazdka.
2,5 roku po ślubie przyszedł na świat nasz syn Przemysław. Mąż awansował, nie musiałam więc iść do pracy, mogłam zajmować się dzieckiem. Udało nam się rozbudować dom. Po 3 latach przyszła na świat córka Izabela. Po kolejnych 3 latach doczekaliśmy się córki Darii. Jak to w małżeństwie były dni lepsze i gorsze, ale zawsze staraliśmy się trwać przy Bogu. Jeszcze mieszkając na terenie parafii św. Augustyna wstąpiliśmy na Drogę Neokatechumenalną. Słowo Boże, które nas nurtowało, pomagało trwać przy sobie. Przyszedł czas, kiedy było Ono nam szczególnie potrzebne. Mój mąż został dyrektorem i zaczęły pojawiać się problemy. Wyjazdy służbowe, ja zostawałam sama z dziećmi w domu. Czasem alkohol, który wyzwalał moją ogromną agresję w stosunku do rodziny. Pojawili się też ludzie w pracy, którzy ze złością patrzyli na nasze trwające małżeństwo i próbowali je rozbić. Dostawałam złośliwe i wulgarne telefony. Łzy, strach, ale i nadzieja w Bogu. Trzymała nas przy sobie wspólnota, która o wszystkim wiedziała. Ciągle przystępowaliśmy do sakramentów, trzymaliśmy się Boga, a On dając nam swoje słowo walczył o naszą miłość i utrzymanie naszego małżeństwa. Pan Bóg posługiwał się naszym 9-letnim wówczas synem, który widząc, że jest niedobrze zmuszał nas do modlitwy. I stał się cud. Przyszło na świat nasze czwarte dziecko - Rafał Bogdan. Imię Rafał oznacza „Bóg uleczył”, Bogdan - „Dany przez Boga”. Bóg dał nam syna jako znak, że jest wierny swej obietnicy i możemy żyć od nowa.
Na naszym ślubie była czytana Ewangelia o tym, że kto buduje dom na piasku, tego dom zawali się, a kto buduje na skale, tenże będzie trwał mimo wichrów i burz. Myślę, że staraliśmy się budować nasz dom na skale - na Jezusie Chrystusie i mimo różnych zawieruch nasz dom nie runął. Teściowa z czasem też wstąpiła na Drogę Neokatechumenalną. Nasze relacje zaczęły się szybko poprawiać. Poczułam się przez nią kochana - mówiła, że kocha mnie bardziej niż syna. Pan Bóg dał mi tę łaskę, żemogłam się nią zajmować przed śmiercią. Nie był to czas długi, dla trudny. Teściowa miała chorobę Alzhaimera w zaawansowanym stadium. Nie poznawała nas, rozbierała się, nie wiedziała gdzie jest, nie wstawała z łóżka i wymagała karmienia. Gdy zabierali ją do szpitala, czułam w sercu, że już nie wróci i było mi ciężko. Zmarła 2 lata temu.
Teraz jesteśmy 23 lata po ślubie i myślę, że kochamy się coraz bardziej. I nasza wspólnota. Co 5 lat świętujemy rocznicę naszego małżeństwa razem ze wspólnotą i rodziną - wyrażając tym swoją wdzięczność Panu Bogu. Pracujemy teraz z mężem razem – mamy własną aptekę. Ja jestem farmaceutką, a mąż rozwija aptekę internetową i zajmuje się sprawami biurowymi. Mąż jest specjalistą od organizacji i zarządzania. To były moje najśmielsze marzenia, nie wierzyłam że się spełnią, że możemy być w pracy razem, bo mamy dwa różne zawody. Ustała moja agresja, mąż nie ma problemów z alkoholem, ustały awantury. Żeby doszło do takiego momentu musieliśmy zobaczyć, jak wielkimi jesteśmy grzesznikami, egoistami i że takimi kocha nas Pan Bóg, że nas nie odtrąca, ale przebacza i chce przemieniać nasze życie. Pomogła nam w tym bardzo Droga Neokatechumenalną
W Kościele kiedyś usłyszałam, że ślub to początek wzrastania w miłości. Nie dotarliśmy więc do celu, bo każdy dzień daje nowe możliwości do tego, by miłość była coraz większa. Ufam, że tak będzie do ostatniego naszego dnia. Bóg jest wierny i nigdy nie zawodzi. Dzięki pisaniu tych wspomnień mogłam na nowo zobaczyć, jak Pan Bóg jest dobry, jak nas kocha. Bogu niech będą dzięki.
Sławka