Imieniny: Barbary, Krystiana, Jana

Wydarzenia: Dzień Górnika - Barbórka

Rodzina

aniołek fot. pixabay.com

– Gdyby nam to było dane, chcielibyśmy, żeby przyszedł chociaż na chwilę na świat, żebyśmy mogli go przytulić, ale Pan Bóg miał inną wolę. Teraz jesteśmy rodzicami świętego i w takim kontekście żyjemy, i funkcjonujemy – opowiadają rodzice nienarodzonego Antosia.

 

Dorota i Paweł spodziewali się narodzin Antosia, u którego stwierdzono wady letalne. Z pomocą zespołu rodzinnego Krakowskiego Hospicjum dla Dzieci im. ks. Józefa Tischnera przeżywają jego utratę oraz żałobę. Teraz dzielą się niesamowitym świadectwem zawierzenia Bogu swojego życia.

Diagnoza i hospicjum

W maju Dorota wykonała rutynowe badania genetyczne. Wyniki wskazały na wady dziecka, które mogą prowadzić do jego śmierci przed narodzinami lub niedługo po nich. Lekarka prowadząca ciążę poleciła rodzicom kontakt z hospicjum perinatalnym, które działa w ramach Krakowskiego Hospicjum im. ks. Tischnera. Małżeństwo przyznaje, iż nigdy wcześniej o nim nie słyszało. Gdyby nie sugestia lekarki, prawdopodobnie by do niego nie trafili.

Już kolejnego dnia rodzice rozmawiali z lekarką z hospicjum. Zaproponowała im wykonanie biopsji w celu uzyskania dokładniejszej diagnozy. – Stwierdziliśmy, że po co ją robić, skoro niezależnie od wszystkiego chcieliśmy urodzić to dzieciątko. Nie chcieliśmy jeszcze bardziej obciążać się psychicznie i słuchać namawiania do terminacji. Ostrzegano nas, że gdy wyjdą wady, będą nam ją proponować. Ale lekarka przekonała nas do biopsji tym, że będziemy znać płeć i jeśli dojdzie do utraty, te dokumenty przyspieszą wszystkie procedury – wspomina Dorota.

Obostrzenia związane z pandemią sprawiły, iż małżonkowie łączyli się z lekarką i psychologiem za pośrednictwem komunikatorów. Panie zapewniały, że zawsze są do ich dyspozycji. Wspólnie stworzyli plan porodu, który zawierał potrzeby i preferencje rodziców. Dla Doroty i Pawła ważna była sprawa ewentualnego pochówku oraz brak jakichkolwiek badań i zabiegów po narodzinach. Następnie plan trafił do hospicjum, jednak poród odbył się przed planowanym terminem, dlatego dokumentu nie było w szpitalu.

Rodzice co tydzień jeździli na kontrolne wizyty, by sprawdzać stan Antosia. Byli pogodzeni z tym, co może nastąpić. Jedno z badań USG wykazało, iż serduszko dziecka już nie bije. Następnego dnia Dorota pojechała do szpitala. Z powodu pandemii Paweł nie mógł jej towarzyszyć. Mimo to czuła, że nie jest sama, i że Bóg zajmie się tą sytuacją. – Od samego początku widzimy, że w tym wszystkim, co się działo, Opatrzność była z nami. Lekarz, który mnie przyjmował, nic nie wiedział, bo nie zdążył porozmawiać z paniami z hospicjum. Odznaczał się wielką troską. Nie podszedł do tego przedmiotowo, że to będzie jakiś zwykły zabieg, ale z taką czułością i wrażliwością. W szpitalu miałam ogromny pokój w sercu. Wiedziałam, że Pan Bóg był z nami w tych momentach – wyznaje Dorota.

Droga zawierzenia

Zaczęła się od niedowierzania i radości z ciąży. Potem pojawił się niepokój, z którym Dorota od razu skierowała się do Boga: „Panie Boże, powierzam Ci to dzieciątko. Jeżeli Ty chcesz, by ono się urodziło, niech się urodzi. Jeśli chcesz mieć je koło siebie, to Ci je oddaję”. Od tego momentu wszystko, co się działo, powierzali Panu. Modlili się za Antosia i z nim, i błogosławili go na koniec każdego dnia. Wiedzieli, że jest on darem, który Bóg postanowił zabrać z powrotem do siebie. Teraz mają swojego orędownika w Niebie, do którego stale się zwracają. – To nie jest tak, że nie ma go już przy nas. On żyje, a my mamy jeszcze większe pragnienie Nieba, bo on tam na nas czeka. To bardzo nas umacnia w tym doświadczeniu – przyznaje Dorota. Znaczącym wsparciem była także modlitwa, którą obdarzali rodzinę bliscy oraz nieznajomi.

Na tej drodze nie było buntu. Zaufaniu towarzyszyły smutek i łzy, ale nie było żalu i obwiniania Boga. – Mieliśmy pokój w sercu, bo Bóg wie, co robi. Wiemy, że nie jesteśmy Mu obojętni i Antoś też nie. Czemuś to miało służyć, ale teraz tego nie rozumiemy. Kiedyś, gdy się już z Nim spotkamy, wszystko będzie jasne – wyjaśnia.

Dzięki miłości możemy wszystko 

Dlatego tak niezrozumiałe i bolesne dla małżeństwa są głosy za możliwością wykonywania aborcji eugenicznej. – Dzieci z trisomią trzynastej lub osiemnastej pary chromosomów umierają przed narodzinami lub przeżywają miesiąc. Pozbawianie życia takich dzieci jest dla nas nie do pojęcia. Gdyby nam to było dane, chcielibyśmy, żeby Antoś przyszedł chociaż na chwilę na świat, żebyśmy mogli go przytulić, ale Pan Bóg miał inną wolę. Teraz jesteśmy rodzicami świętego i w takim kontekście żyjemy, i funkcjonujemy – tłumaczy Dorota. Dodała również, że decyzja o porodzie nie była heroizmem, ponieważ kochają swojego synka.

– Był taki moment, że go przytuliliśmy. To było ciężkie doświadczenie, ponieważ znajdowaliśmy się w prosektorium. Antoś był już włożony do becika. Wzięliśmy go na ręce i przytuliliśmy. Przywitaliśmy się z nim i równocześnie pożegnaliśmy, ale tylko na chwilę, bo kiedyś się tam zobaczymy. Do zobaczenia w Niebie – opisuje Dorota.

Pochówek dziecka był dla rodziców kluczową kwestią, choć nie zatrzymali się nad śmiercią i grobem, lecz z nadzieją patrzą dalej. – Przychodzimy na cmentarz, ale wiemy, że jego tu nie ma, jest przy nas i w Niebie – powiedziała Dorota. Na grobie Antosia znajdują się słowa ks. Tischnera, iż miłość jest nie do pojęcia, ale dzięki niej można uczynić wszystko.

Towarzyszyć z miłością 

Zespół rodzinny hospicjum wspiera rodziców na każdym etapie ich historii. Panie dzwoniły i zapewniały, że zawsze można się z nimi kontaktować. Mimo iż są obcymi osobami, stały się dla nich bardzo bliskie. – Kiedy minął miesiąc od straty, i niektórzy o tym zapomnieli lub nie chcieli do tego tematu wracać, panie do nas dzwoniły. Udało nam się nawet spotkać na żywo – opowiada Dorota. Wspomina także, iż otrzymała od nich beciki dla Antosia, a od innej mamy kocyk oraz motylka – symbol dziecka nienarodzonego.

Rozmowy z kapelanem oraz psychologiem pomogły Dorocie przezwyciężyć wątpliwości, z którymi zmagała się w trakcie ciąży. Pragnęła, by Antoś urodził się i był z nimi jak najdłużej. Równocześnie wiedziała, że dziecko umrze, dlatego chciała jak najszybciej zmierzyć się z tym bólem. Te dwie myśli wprowadzały w jej serce wielki niepokój. Pani Kinga powiedziała jej, że czasami rodzice za wszelką cenę chcą utrzymać dzieci przy życiu. Gdy jednak pogodzą się z jego stanem i pozwolą mu odejść, wręcz oznajmią „Zgadzamy się na twoją śmierć”, to ono odchodzi. – Po tych słowach lęki stopniowo zaczęły znikać. Pan Bóg wybrał najlepszy moment na odejście Antosia, dla nas i dla niego. Mam taki pokój w sercu, po prostu musiałam mu pozwolić odejść. I odszedł, ale na krótko – dzieli się Dorota.

Oceń treść:
Źródło:
;