Imieniny: Maryli, Wladyslawa, Cyryla

Wydarzenia: Dzień Walki z Cukrzycą

Wywiady

Mam własną stację benzynową

stanisława celińska fot. Daniel Kruczynski / flickr.com

Ze Stanisławą Celińską, aktorką filmową, teatralną, pieśniarką, autorką tekstów, rozmawia Anna Wolańska.

 

W 1969 r. na festiwalu w Opolu piosenką „Ptakom podobni” wyśpiewała Pani nagrodę za debiut. Potem były jednak głównie filmy i teatr, teraz znów Pani śpiewa. W śpiewaniu Pani najbardziej się spełnia?

Ostatnio tak. Tak się stało, że spotkałam Macieja Muraszko, który napisał „Atramentową rumbę”. W 2009 r. pojechałam z tą piosenką do Opola. Otrzymaliśmy czwarte miejsce w głosowaniu publiczności, mimo że piosenka była inna niż wszystkie, bardzo spokojna. To był przełom. Wydana po sześciu latach, w 2015 r., płyta „Atramentowa” odniosła niebywały sukces, co było dla nas absolutnym zaskoczeniem, bo w zasadzie nagrywaliśmy ją troszeczkę dla siebie. Okazało się, że ludzie bardzo takich utworów potrzebują. Teraz z kolei płyta „Malinowa” spełnia terapeutyczną rolę. Jest na niej 14 utworów które działają tak uspokajająco - 12 moich tekstów, dwa Dorotki Czupkiewicz. Staram się, żeby to było bardzo prosto śpiewane, rodzaj rozmowy ze słuchaczem. Zależy mi na delikatnym, spokojnym przekazie, mądrych treściach. Kiedyś po koncercie przyszła do mnie pani i spytała, jak to robię, że mój głos działa tak uspokajająco i kojąco. To rzeczywiście jest zupełnie inny głos niż w „Uśmiechnij się”, czy „Songu sprzątaczki”.

 

No właśnie. Całkiem niedawno „Song sprzątaczki”, „Uśmiechnij się”, a dzisiaj „Czerń i biel”, „Smuteczku mój”, „Cudem jest świat” - zupełna metamorfoza.

Wcześniej chyba chciałam bardzo mocno zaistnieć, może stąd taki wrzask: halo, halo, jestem. Na pewno miała na mnie wpływ praca z Jerzym Satanowskim, którego muzyka jest dosyć mocna, ekspresyjna. I ja też byłam ekspresyjna, ponieważ tę ekspresję i siłę posiadam. Jednak już od dawna nie chciałam jej prezentować i sama potrzebowałam wyciszenia. Pamiętam, że duże wrażenie zrobiła na mnie Cesaria Evora. Być może wcześniej bym jej nie doceniła, bo wtedy podobał mi się na przykład chór Raya Charlesa, bardzo mocno śpiewające w tym chórze Murzynki. Ale kiedy posłuchałam Cesarii, doceniłam po latach taki spokój przekazu, odważyłam się zaśpiewać to, czego potrzebowałam, to znaczy zrzucić tamtą maskę silnej krzyczącej baby, a być sobą. Ja w sumie - tak jak każda z nas - głęboko w środku jestem małą wrażliwą dziewczynką, i o tym chciałam opowiedzieć. Ale też podziałać na ludzi ciepłem, spokojem - tym bardziej że głównie jestem na nich nastawiona. Nie na siebie, by się popisać, bo już parę razy w życiu się popisałam. Chodzi mi o to, żeby być dla odbiorców balsamem, czymś uspokajającym. Wtedy bardzo dobrze się czuję. Ludzie przychodzą po koncercie i mówią: pani mi pomogła swoimi piosenkami albo mają łzy w oczach. To jest dla mnie wielka nagroda, że poruszyłam to, o co mi chodziło, czyli tego człowieka w środku, który jest wrażliwy, który cierpi, który potrzebuje, żeby mu położyć rękę na ramieniu i powiedzieć: wszystko będzie dobrze, nie martw się, damy radę.

 

W jednej z ostatnich swoich piosenek przekonuje pani, że świat jest cudem. Naprawdę tak Pani myśli?

Jasne, że tak. Jest cudem. Świat ma swoje kolory, tam jest zresztą wyraźnie napisane: ciemne i jasne. Od nas zależy, które wybierzemy. Ale świat jest cudem i świata za bardzo zmienić nie można, można mu się przyglądać, podziwiać. Natomiast możemy zmienić siebie. Cieszyć się każdą godziną, nie ograniczać, widzieć te wszystkie kolory.

 

To pewnie podpisałaby się też Pani pod słowami klasyka, że „człowiek to brzmi dumnie”?

Oczywiście. Z tym, że człowiek, który jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga, powinien dążyć do doskonałości - pod każdym względem. Ciała i ducha. I nie dać siebie lekceważyć, poniżać. Bardzo ważne jest, by mieć poczucie własnej godności. Oczywiście, że upadamy. Ale trzeba się podnieść, przypomnieć sobie znowu, że jestem człowiekiem. Ważne też, żeby iść dumnie i nie bać się powiedzieć „nie”, kiedy czegoś nie chcemy zrobić - nie wkładać masek, nie mieć cały czas poczucia, że muszę innym imponować.

 

A jak z perspektywy czasu postrzega Pani aktorstwo? To wolny zawód? Czy aktor może być naprawdę wolny?

Wolny jest wtedy, kiedy nie jest na etacie. Kiedy jest na etacie, to jego wolność jest bardzo ograniczona, bo staje się zależny od teatru i od dyrektora. Jak nie jestem na etacie, to ode mnie zależy, jakiego zadania aktorskiego się podejmę, a jakiego nie wezmę. Dlatego musiałam dokonać wyboru: albo śpiewam, koncertuję i nagrywam płyty, albo jestem uwiązana w teatrze - i wtedy uprawiam aktorstwo, a piosenka jest obok, tak jak całe życie - gdzieś przy okazji - była.

 

Jest takie określenie: aktor wchodzi w rolę. Łatwiej w nią wejść czy z niej wyjść?

To bardzo poważny problem. Wejść bardzo dobrze w rolę, tak do końca, wymaga dużo czasu. Czasami wyjść z niej jest bardzo trudno, zwłaszcza kiedy ona człowieka opęta. Może dlatego mam też przesyt tych różnych postaci i chcę być sobą. Bo zdecydowanie teraz jestem sobą w tym, co robię (mówię o tym, co robię na scenie, kiedy gram koncerty). Ja tu nie gram żadnej roli, jestem sobą, jestem Stasią Celińską - rozmawiam z ludźmi, opowiadam im o tym i innym, śpiewam, przekazuję to, co chcę przekazać jako „ja”, jako osoba, która przeżyła to czy tamto. Nawet jeżeli biorę udział w spektaklu, gdzie mam swoje sceny, czuwam nad nimi, żeby one były naprawdę ludzkie, dobre, pozytywne, to reżyser zawsze może dać inne sceny, za które będę się wstydzić. A tego nie chcę, bo tego mam już po kapelusz. Wchodzenie w rolę u mnie było bardzo silne, może dlatego moje postacie były wiarygodne. Ale wtedy człowiek zostawia siebie i właściwie przez moment nie istnieje. Potem chce szybko znowu zaistnieć. Znam już ten proces - wiem, że wszystko z siebie dla tej roli dałam, ale teraz spokojnie mijają minuty, kwadranse, godziny i pomału, pomału wracam. Jeśli ktoś nie będzie się niecierpliwił, jakoś ocaleje.

 

Jest już łatwiej niż na początku kariery?

Oczywiście, że tak. Umiem lepiej gospodarować swoimi siłami, głosem, zdrowiem. Wiem, jak to się robi, znam różne aktorskie sztuczki - żeby, na przykład, nie zakasłać, nie zachrypieć - takie rzeczy, których człowiek się z latami uczy.

 

Jakiej roli nigdy by Pani nie zagrała?

Powiem może o tej, której nie zagrałam, a mogłam zagrać. Krzysztof Zaleski - świętej pamięci - robił taki spektakl, gdzie była osoba, która pluła na Pana Jezusa, wyklinała na niego, krzyczała. Więc ja powiedziałam, że tego nie zrobię, bo nie jestem w stanie.

 

Otwarcie mówi Pani o swojej wierze… W środowisku artystycznym nie jest to chyba takie proste.

Różnie to bywa, ale mnie się wydaje, że jest sporo wierzących w każdym środowisku. Miałam kiedyś zagrać w berlińskim teatrze, w „Szczurach” Hauptmanna kobietę, która morduje swoje dzieci. Odmówiłam, mimo że było to ciekawe wyzwanie teatralne. Teraz gram tylko jedną sztukę - Grace i Gloria, która jest taką bardzo Bożą sztuką mówiącą o starej, właściwie umierającej kobiecie. Ma pełno dobrych rad i jest życiowo bardzo mądrą osobą. Kiedy przychodzi do niej młoda wolontariuszka z hospicjum, okazuje się, że jedna potrzebuje drugiej. Tak samo ta młoda potrzebuje mnie, jak ja jej. Na początku ją, oczywiście, odrzucam, potem się zaprzyjaźniamy. To jest sztuka, która mówi bardzo dużo mądrych rzeczy. Ludzie po niej przychodzą do mnie i mówią, że coś dobrego w nich zasiałam.

Nie chcę brać już w siebie różnych tragedii i złych ludzi, którzy zabijają. Dlatego odmówiłam głównej roli w filmie „Pokot” u Agnieszki Holland. Odrzucam wszystkie pokręcone, dekadenckie scenariusze. W życiu trzeba dokonywać wyborów - to jest bardzo ważne, przynajmniej dla mnie. Teraz wybieram koncerty, których mam dużo, i potrzebny mi jest czas, żeby mieć możliwość napisania tekstów. Moją obecną sytuację porównuję to do stacji benzynowej. Kiedyś pracowałam na stacji benzynowej - nawet słynęłam z tego, że świetnie nalewałam benzynę - ale teraz mam swoją stację. I jeśli właściciel mojego poprzedniego miejsca pracy, czyli stacji benzynowej, mówi: „Stasiu, może byś znowu u mnie ponalewała benzynę”, to ja na to: „Bardzo ci dziękuję, ale ja już mam swoją stację benzynową”. Więc tak to wygląda. Tak, jakbym miała swoją firmę, którą współtworzymy właściwie razem z Maciejem Muraszko, bo ja piszę teksty, on pisze muzykę, aranże, ja to wykonuję. Mamy swoich muzyków z Poznania, i można powiedzieć, że to jest właśnie takie coś, co jest moją stacją benzynową.

 

A co jest, według Pani, w życiu najważniejsze?

Miłość.

 

Warto wierzyć, że…

…jutro będzie lepiej.

 

Na nadchodzący rok - jubileuszowy, bo 50-lecia Pani pracy na scenie - należy Pani życzyć…

Zdrowia.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.  

Oceń treść:
Źródło:
;