Imieniny: Wiktora, Marity, Ignacego

Wydarzenia: Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem

Dwudziesta Dziewiąta Niedziela zwykła

Wywiady

 fot. Fotolia.com

Rozmowa z ks. Krzysztofem Kralką, ewangelizatorem i rekolekcjonistą, autorem wielu książek, m.in. „Drogi duchowego wzrostu”.

 

Jeszcze kilkanaście lat temu był Ksiądz bardzo daleko od Boga.

To prawda. Po okresie buntu młodzieńczego przestałem praktykować i wierzyć. Obracałem się w środowisku antyklerykalnym, ludzi, którzy nie chcieli mieć z Bogiem i Kościołem nic wspólnego. Żyłem w grzechu, poza doświadczeniem wiary. Na szczęście Bóg to zmienił.

 

Kiedy antyklerykał Krzysztof Kralka usłyszał, że Bóg go kocha i co to zmieniło w jego życiu?

To był moment osobistego i bezpośredniego doświadczenia Boga. Miał on miejsce w 2002 r. podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, która odbywała się pod hasłem „Bóg bogaty w miłosierdzie”. Jako człowiek, który nie chodził do kościoła, nie lubił papieża i był przeciwny wszystkiemu, co Boże, wcale nie chciałem słuchać tego, co Ojciec Święty miał do powiedzenia i go oglądać. Jednak Bóg zaczął mnie w magnetyczny sposób zapraszać, bym usiadł w fotelu i posłuchał Jana Pawła II, który głosił właśnie kerygmat miłosierdzia. Trudno to opisać słowami, ale było to namacalne doświadczenie, że Bóg jest miłością i kocha mnie takiego, jakim jestem, że przebacza grzechy i ma dla mnie nowe życie, nowe perspektywy. Poczułem się przy Nim niesamowicie bezpieczny.

 

Do tego stopnia, że postanowił Ksiądz pójść do seminarium.

To była, kolokwialnie mówiąc, krótka piłka. Podczas tej pielgrzymki zdecydowałem: „Wracam do Boga, do Kościoła, do modlitwy”. Mało tego - usłyszałem jakiś wewnętrzny głos, który mówił: „Wracaj, lecz jako ksiądz”. Pomyślałem: to niemożliwe, nie nadaję się do tego. Wtedy ponownie usłyszałem: „Jeśli chcesz być naprawdę szczęśliwy, mam dla ciebie kapłaństwo”. Uwierzyłem, że to moja droga, że Bóg mnie naprawdę kocha i dwa dni po nawróceniu postanowiłem wstąpić do pallotynów.

 

O tym, że „Bóg kocha”, słyszymy od żłobka. Jednak nasza wiara często pozostaje na poziomie przygotowania do Pierwszej Komunii św.: Bozia, kościółek, paciorek itd. Dlaczego tak się dzieje?

Nie da się zaprzeczyć, że w naszym narodzie jest dużo pobożności, przywiązania do religijnej tradycji, zaś wielu Polaków zatrzymało się na religijności, która wystarcza dzieciom, ale nie dorosłym. Tymczasem Bóg chce wciąż dawać nam więcej i zaprasza nas do głębszego poznania Go. Jeżeli człowiek nie wchodzi na drogę duchowego rozwoju, zatrzymuje się na etapie dziecka, wtedy pojawia się religijność bardzo infantylna, często magiczna, niemająca nic wspólnego z prawdziwą wiarą, czyli zaufaniem Bogu, który prowadzi nas przez życie.

 

Wielu powie, że naturalna religijność jest w jakimś sensie normalna. Chcemy przecież czuć się bezpiecznie i mieć pewność, że ktoś nad nami czuwa i na pewno nigdy nie stanie nam się żadna krzywda. Bywa też, że nasza relacja z Bogiem opiera się na uniesieniach, emocjach, np. wpadamy w zachwyt, euforię, bo o coś Go prosiliśmy i On nam to dał; śpiewamy, klaszczemy i unosimy ręce podczas różnych nabożeństw, by za chwilę - w sytuacji jakiegoś nieszczęścia, cierpienia - powiedzieć, że Bóg o nas zapomniał, odtrącił itd.

Jedną z najważniejszych rzeczy w formacji duchowej jest przekształcanie naszego myślenia - z ludzkiego na Boże. Łatwo się wzruszyć w kościele czy doświadczyć emocjonalnego dotknięcia, np. w sakramencie pokuty, kiedy czujemy, jak Bóg nam przebacza, ale jeżeli nie idzie to w parze z coraz głębszym poznawaniem Boga, staje się uczuciem krótkotrwałym, emocją. Dlatego tak ważne jest weryfikowanie własnej wiary, przyglądanie się, na ile wyraża się ona w konkretnych postawach. Owszem, mogę wiedzieć, że Bóg mnie kocha, ale czy ja rzeczywiście mam to wyryte w świadomości? Bo jeżeli tylko słyszałem, że Bóg kocha człowieka, to w wielu sytuacjach mogę w to nie wierzyć, odrzucać, uznając, iż On kocha innych ludzi, lecz na pewno nie mnie. Natomiast przemienione chrześcijańskie myślenie będzie ciągle przypominało, że Bóg jest dobry zawsze, bez względu na to, czy świeci słońce, czy pada deszcz, bo Boża miłość jest niezmienna, a w ślad za tym będą szły konkretne postawy: ufności, wiary, wytrwałości. Jeśli takiego podejścia zabraknie, to szybko będę się wycofywał ze wszystkiego, co do tej pory udało mi się zbudować w relacji z Bogiem, stając się zależnym od stanów emocjonalnych.

 

I postrzegając go jako magika spełniającego życzenia albo surowego sędziego, który tylko czyha na nasze potknięcie.

Wynika to z naszego płytkiego katolicyzmu niepodbudowanego dobrą katechezą i formacją. Większość z nas zakończyło ją wraz z nauką w szkole średniej. Wielu ludzi nigdy nie sięgnęło po żadną książkę z dziedziny duchowości, nie czyta Pisma Świętego, nie mówiąc już o zapoznaniu się z interpretacją słowa Bożego czy komentarzami do Biblii, czyli literaturą pozwalającą poznawać Boga głębiej w zależności od etapów duchowych, na których się znajdujemy. Dlatego w naszej religijności jest wiele sloganów, pustosłowia, rzeczy, które powielamy, nie wierząc w nie. Jednym słowem: mamy bardzo duże braki w wykształceniu religijnym.

 

To prawda. Wiele osób np. nie wie, że istnieje coś takiego, jak wspomniany wcześniej kerygmat. Tymczasem dobra nowina o miłości Boga do człowieka, o zbawieniu to istota chrześcijaństwa.

To podstawowy pokarm, który pozwala żyć w żywej relacji z Bogiem. I, oczywiście, wielu ludzi nawet przyjmuje ten dar od Kościoła, ale nie zdaje sobie sprawy, że tak się nazywa, że dzięki temu wierzą. Bez kerygmatu chrześcijaństwo jest pustą, pozbawioną swej treści skorupą.

 

Od czego zacząć budować lub naprawiać swoją relację z Bogiem, tak by była ona prawidłowa, zdrowa? I co to tak naprawdę znaczy?

Zdrowa i prawidłowa relacja z Bogiem opiera się na prawdzie, że On nas kocha, troszczy się o nas i odsłania przed nami swoje serce, bazując jednocześnie na zdrowym człowieczeństwie. Zatem wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z jego deficytami, z pewnymi zaburzeniami w naszym życiu, będziemy narażeni na budowanie własnej duchowości w sposób wypaczony, toksyczny i w takie też fałszywe relacje przyjdzie nam wchodzić. W tej sytuacji potrzebne jest poznawanie Boga - tego, jaki On jest i jak objawia się w historii zbawienia, oraz odpowiedni grunt, czyli nasza formacja. Trudno sobie wyobrazić wzrost wiary bez kogoś, kto nam duchowo towarzyszy i wyjaśni Boga, kto odpowie na rodzące się w sercu pytania. Może to odbywać się w różnorodny sposób. Jeśli mamy do czynienia z głęboko wierzącą rodziną, to ona spełnia rolę duchowego towarzysza. Jeżeli nie potrafi temu sprostać, rozwiązaniem mogą być rekolekcje, konferencje, seminaria i różnego rodzaju spotkania, które pomogą w znalezieniu odpowiedzi na nurtujące nas kwestie. Funkcjonują też wspólnoty i grupy formacyjne, gdzie możemy liczyć na solidną katechezę. Ci, którzy chcą więcej i głębiej, korzystają z kierownictwa duchowego, mają swoich przewodników. Owszem, przychodzą czasem takie doświadczenia jak stagnacja, lęk, duchowy paraliż, wpadamy też w doświadczenia, które uniemożliwiają nam zrobienie kolejnego kroku w relacji z Bogiem. Mimo to trzeba próbować, nie można się zatrzymywać.

 

W książce „Drogi duchowego wzrostu” mówi Ksiądz o skutecznej diecie na duchowy rozwój, którą podaje nam Kościół. Na czym ona polega?

Do prawidłowego rozwoju potrzebujemy dobrze zbilansowanego pokarmu. Nie budujemy naszej relacji z Bogiem i duchowości na zasadzie: wydaje mi się, że to będzie dobre. Kościół dość wyraźnie mówi, że trzeba nam modlitwy osobistej, lektury Pisma Świętego, sakramentów, a przede wszystkim Eucharystii i Komunii św., doświadczenia wspólnoty Kościoła. To są składowe części diety, która jest potrzebna do tego, by w duchowym rozwoju stawiać bezpieczne i właściwe kroki.

 

Jednak współczesny świat proponuje łatwiejsze rozwiązania. I to tę niewymagającą od nas zbyt wiele wysiłku drogę zwykle wybieramy…

Wiemy, że nie zdobędziemy dobrego zawodu bez odpowiedniej szkoły i nauki. Często nie zdajemy sobie sprawy lub nie chcemy uznać, że tego samego potrzebujmy, by budować zdrowe relacje, małżeństwo, a także zdrową wiarę i religijność. Ludzka naiwność podpowiada, że to wszystko przyjdzie samo. Otóż nie. Nic, poza głupotą, nie przychodzi samo. Nie ma duchowego wzrostu bez konkretnej dyscypliny, wierności, systematyczności i sumiennej pracy nad sobą.

 

Dlaczego tak ważne dla rozwoju są posłuszeństwo i pokora?

Ponieważ to nie my tworzymy sobie program formacji, ale dają nam go Bóg i Kościół. Jeśli dziecko idzie do pierwszej klasy, nie ono pisze podręcznik, z którego się uczy, ale przyjmuje go od nauczyciela, stając się posłuszne i ufając, że nauczyciel wie, jak je wykształcić. Podobnie jest z doświadczeniem wiary. Od Kościoła przyjmujemy przepis na dobrą dietę, która pozwala rozwijać się duchowo. On wie, co powoduje wzrost, a co degradację. Dlatego potrzebne są posłuszeństwo i pokora, by uznać, że to nie ja sam siebie prowadzę, ale potrzebuję przewodnika.

 

Już to słyszę: „Kościół nie będzie mi mówił, co mam robić, jak żyć, bo sam ma problem z pokorą i posłuszeństwem”.

Ale to właśnie pokora pozwala odróżnić prawdę objawioną, Bożą, która została Kościołowi dana, od grzechu duchownych. Oczywiście rzutuje on na wizerunek Kościoła i poczucie bezpieczeństwa ludzi, ale w żaden sposób nie wpływa na prawdę objawioną, którą Bóg Kościołowi dał.

 

Dziękuję za rozmowę.

Oceń treść:
Źródło:
;