Imieniny: Horacego, Feliksa, Grzegorza

Wydarzenia: Międzynarodowy Dzień Solidarności Młodzieży

Środa w oktawie Wielkanocy

Wywiady

„Szukanie człowieka” - wywiad z cyklu „Rozmowy Sceny Papieskiej”

 fot. Dominika Jamrozy Andrzej Róg

Z Andrzejem Rogiem, aktorem, reżyserem i producentem, m.in. o jego autorytetach, widowisku „Krakus” na bazie tekstów Norwida i Wojtyły, drodze zawodowej i dorobku rozmawiała Dominika Jamrozy.

Dominika Jamrozy: Czym jest dla Pana teatr i zawód aktora? Bycie aktorem to błazeństwo, zawód jak każdy inny czy pełnienie społecznej misji, powołanie?

Andrzej Róg: To zasadnicze pytania. Kiedy jako student Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozpocząłem także edukację w Studio Aktorskim Teatru STU, to tuż po zapisaniu się do niego, otrzymałem do wypełnienia ankietę, w której miałem odpowiedzieć na te właśnie pytania. Miałem dylemat i długo się zastanawiałem. I muszę Pani powiedzieć, że moja odpowiedź nie zmieniła się po 35 latach uprawiania zawodu aktora, także reżysera, scenarzysty. Chyba intuicyjnie stanąłem wtedy na wysokości zadania. Napisałem w tej deklaracji, że teatr to poszukiwanie prawdy o sobie i człowieczeństwie. Zdania nie zmieniłem. Dziś mogę jeszcze tylko dodać, że teatr to również przestrzeń wolności, w której stale można poszukiwać, a nawet błądzić. To przestrzeń inspirująca do odpowiedzi na pytania: czy to, co robimy jest dobre? Czy inni widzą świat tak samo czy to tylko nasza projekcja?

DJ: Magia teatru i aktorstwa jest niepodważalna. Bywa również tak, o czym wielokrotnie mówią osoby, które ten zawód uprawiają, że np. będąc introwertykami, pracując nad rolą otwierają się …

AR: … ponieważ na scenie muszą wejść w przestrzeń tajemnicy. Budując postać zadajemy sobie pytania: kto? Co? W jakim celu? Staramy się poznać w sobie te emocje, które przeżywa w dramacie, w scenariuszu postać. Odkryciem jest, jak ta postać „zamanifestuje się” w nas, kiedy „wejdziemy” w opowieść. Aktor staje do prób jako „carte blanche”…

DJ: … a potem otwiera w sobie różne „kanały przekazu”. Wierzę w ludzi sztuki, w ich inteligencję, wrażliwość, wierzę w teatr. Mam tylko jedną wątpliwość czy w ramach tej przestrzeni wolności, o której Pan mówi, można przekraczać wszelkie granice? Czy w pewnym momencie nie powstaje coś na kształt antyteatru, antysztuki?

AR: Tu „dokazują” różni ludzie, jedni uważają, że można, a inni, że nie wolno. Jeden wyraża się poprzez szokowanie odbiorcy, a drugi - poszukuje wartości. Jeden i drugi jest twórcą. Osobowość ludzka to przecież walka między „libido” a „destrudo”. Bywa tak, że dla kogoś owo „destrudo” jest dominantą w jego widzeniu świata i w tym duchu będzie tworzył.

DJ: Rozumiem, wierzę jednak w widza, który i tak ostatecznie pozostaje najważniejszym recenzentem. Jest we mnie jednak nieustanny głód teatru wartości i wysokiej próby aktorstwa.

AR: Być może owego teatru bazującego na szoku i antyestetyce jest zbyt dużo, ale nie można pozbawiać głosu takich artystów czy ich eliminować, bo wtedy mogłoby się wydarzyć wiele niedobrego.

DJ: Skoro dotknęliśmy w tej rozmowie Pańskiej biografii, to wróćmy jeszcze do niej na moment. Był Pan finalistą konkursów poezji śpiewanej, występował podczas Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie, a potem rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, na kierunku pedagogika kulturalno-oświatowa.

AR: Tak, wszystko się zgadza. Długo po maturze szukałem sensu życia i to poezja stała się moim ratunkiem. Stosunkowo późno rozpocząłem naukę gry na gitarze. W ognisku przy ul. Basztowej uczyła mnie wspaniała Anna Bańdo, artystka „Piwnicy pod Baranami”. Dała mi swój utwór do tekstu Jerzego Piątkowskiego pt. „Fantazja”. Czasami zdarzało mi się popełnić tzw. twórczość. Szukałem tekstów, pisałem do nich muzykę. W 1980 roku zdobyłem wyróżnienie i zostałem zaproszony do występu podczas koncertu finałowego w Olsztynie. A w następnym roku, kiedy czuło się już nadchodzący stan wojenny, wyśpiewałem „Złotego Orfeusza” pieśnią-wierszem Marka Skwarnickiego, pt. „Odmowa”. Zaczynał się od słów: „Nie. Nie będziecie mieli sztuki. Nikt nie utrwali waszych twarzy….”, a kończyło: „...będziecie mieli tylko władzę...” I tak dalej… Przewodniczącym Jury był Jacek Kaczmarski.

DJ: Wiersz-manifest pokolenia. Recytowanie, poezja śpiewana, to piękne i ważne doświadczenia, które także i mnie ukształtowały. Owo „zarażenie poezją” - w moim przypadku twórczością Achmatowej, Norwida, Herberta, księży Twardowskiego, Pasierba - zmienia człowieka, kształtuje wrażliwość, otwiera na zupełnie inne „widzenie” świata.  Owo umiłowanie poezji  zrodziło się u Pana ...

AR:  … z buntu! Niezgody na to, co działo się wokół, z kontestacji. Byłem chuliganem…

DJ: … w to nie wierzę?!

AR: … tak, teatr wtedy nic dla mnie nie znaczył. Dopiero na studiach, na które poszedłem, by uniknąć wojska  (byłem zdeklarowanym hipisem) poznałem pedagogów z krakowskiej PWST, m.in. panią Wandę Słomczyńską, pana Edwarda Linde-Lubaszenko, panią Monikę Zinn, pana Włodzimierza Ryłko. Na trzecim roku trafiłem do Studia Teatralnego Teatru STU. Wcześniej przez doświadczenia związane ze śpiewaniem poezji współpracowałem również z Zespołem „Milimetr”, amatorskim teatrzykiem działającym w „Pałacu pod Baranami”.

DJ: Chcę zapytać jeszcze Pana o Studio Teatru STU, o Pana wspomnienia. Jaki był ten czas?

AR: Niesamowity. Odkrywania siebie, swoich możliwości i niemożliwości. Miałem w sobie dużo dobrych chęci, wrażliwość, ale też sporo ograniczeń i hamulców. 

DJ: Który z wykładowców zapisał się w Pana pamięci?

AR: Najważniejszą osobą był dla mnie Krzysztof Jasiński, z którym miałem etiudy teatralne i recytację. Z wielką estymą wspominam profesora Jerzego Merunowicza, wykładowcę krakowskiej PWST, z którym czytaliśmy Norwida.

DJ: I w konsekwencji napisał Pan pracę magisterską z Norwida właśnie.

AR: Tak, z profesorem Merunowiczem czytaliśmy „Promethidiona”, „Vade-mecum”. Krzysztof Jasiński powiedział nam kiedyś, że nazwa Teatr STU ma różne konotacje, ale w jego głowie zrodziła się w pewnym momencie taka myśl, że jest to teatr „STU wierszy Norwida”. Wspominam również wykłady Tadeusza Kudlińskiego, lekcje dykcji pani Niny Repetowskiej.

DJ: No proszę, miałam zaszczyt z Panią Niną współpracować, zaraz po studiach, wiele jej zawdzięczam. Osobowość, inteligencja, prawdziwa dama sceny.

AR: Mały jest ten nasz teatralny świat. Włodzimierz Jasiński, który świetnie śpiewał, pomagał nam wydobyć dźwięk, oprzeć go o przeponę. Mieliśmy bardzo dużo zajęć. Po studium zostały w teatrze trzy osoby, a ja - zdaniem dyrektora - miałem najwięcej do nadrobienia. Byłem tego świadomy. Rozpoczął się pierwszy rok adeptury…

DJ: … i pierwsze role w „Ubu Królu” Alfreda Jarry i w „Bramach Raju” Jerzego Andrzejewskiego.

AR: Byliśmy z tymi spektaklami w Niemczech, we Francji i w Kanadzie. W 1987 roku zdałem zawodowy egzamin eksternistyczny w Warszawie. Jako dyplom zagraliśmy „Zabawę” Sławomira Mrożka w reżyserii K. Jasińskiego, a rok wcześniej zacząłem grać dr Efraima Grünna w „Wariacie i zakonnicy” Witkacego. W tym roku w grudniu miną 33 lata od premiery.

DJ: Robicie sobie Państwo - oczywiście przy okazji „okrągłych” prezentacji tego spektaklu - jakieś sceniczne psikusy?

AR: No dobrze, przyznam się. Wiele lat temu, podczas setnego przedstawienia związałem włosy w kucyk i … „obciąłem” sobie tym „charakter” …

DJ: A koleżanki, koledzy?

AR: Stach Gąsienica – Szymków założył wtedy okulary, które miały bardzo grube szkła. Prawie nic nie widział i wyglądał tak śmiesznie, że wszyscy się na scenie „zgotowaliśmy”. Oczywiście to były tylko takie nasze jubileuszowe żarty, ale szybko zrozumieliśmy, że te kawały rozpraszają energię, a w tym spektaklu na to sobie pozwolić nie można. Jak wchodzę na scenę jako Grün, to muszę być na sto procent szaleńcem.

DJ: Jasne. Które role dały Panu najbardziej „w kość”? Które - Pana emocjonalnie „przeczołgały”?

AR: Takich ról było kilka. Rola może „przeczołgać” w sensie pozytywnym lub negatywnym. Przykładowo, nie potrafiłem zagrać głównej postaci w spektaklu „Stryczek dla dwóch” Ivana Bukovčana. Grałem tam człowieka-pająka. Łaziłem po belkach na strychu, z głową w dół, jak ten owad. Byłem za młody, żeby wejść w prawdę emocjonalną postaci - zdradzanego męża. Prezentowaliśmy ten spektakl niedługo. Myślę, że przyczyną była moja nieporadność aktorska. W sensie pozytywnym „w kość” dała mi rola Vladimira w „Czekając na Godota” Samuela Becketta, zrealizowana w 1992 roku. Przez dwie i pół godziny nie schodziłem ze sceny. Bałem się, ale był to strach dopingujący.

DJ: Domyślam się. Beckett to wyzwanie. Pod dialogami, brzmiącymi tylko na pozór błaho czy kabaretowo, drzemią ogromne pokłady treści, emocji.

AR: Tak, ciążyła na mnie ogromna odpowiedzialność, reżyserował Jasiński….

DJ:  … a przed Wami po ten tekst sięgali najwybitniejsi.

AR: A jeszcze do tego wcześniej pojechaliśmy do Warszawy, a tam w Teatrze Narodowym Vladimira grał Wiesław Michnikowski, Estragona - Krzysztof Kowalewski, Lucky’ego - Jan Kobuszewski, a Pozzo - Janusz Gajos. Dla nas, młodych ludzi: Dariusza Gnatowskiego, Piotra Cyrwusa, Wiesława Smełki - te role były wyzwaniem. Musieliśmy włożyć w to bardzo dużo pracy, „wejść w ten świat”, stać się starymi, doświadczonymi ludźmi. Dopiero dziesięć czy piętnaście lat później zacząłem rozumieć niektóre problemy, które wtedy poruszyliśmy. Ta rola wpłynęła na mój dalszy rozwój. Muszę Pani powiedzieć, że dopiero wtedy zacząłem o sobie myśleć, jak o człowieku, który może zostać aktorem.

DJ:. Najważniejsze role, które Pan zagrał to te prezentowane na Scenie Teatru STU. Domyślam się zatem odpowiedzi na pytanie: kto jest Pana zawodowym guru?

AR: Krzysztof Jasiński oczywiście, to wybitna osobowość. Mimo różnic w postrzeganiu świata spotykamy się na gruncie myśli chrześcijańskiej. Pod jego wpływem wiele spraw w moim życiu zweryfikowałem. On ukształtował moje myślenie o teatrze, tworzy spektakle, które są osobną opowieścią dla oka, „dialogującą” ze słowną warstwą dramatu. Na nim wzoruję się, kiedy sam pracuję nad swoimi projektami.

DJ: Krzysztof Jasiński stworzył Teatr STU. Magia tej sceny jest wartością niepodważalną. Przemyślany propozycje,  planowane z kilkuletnim wyprzedzeniem, wachlarz repertuarowy, adresowany do miłośników klasyki, bazujący na dziełach najwybitniejszych (m.in. Szekspira, Dostojewskiego, Becketta, Fredry, Wyspiańskiego, Witkacego, Kołakowskiego, Tischnera), ale także skierowany do tych, którzy pragną złapać tzw. zdrowy dystans do otaczającej nas rzeczywistości czy zanurzyć się w poezji (np. Przybory), a wszystko to w wykonaniu najlepszych artystów w Polsce - to poprzeczka postawiona bardzo wysoko. Praca w tym Teatrze na zawsze pozostanie dla mnie najcenniejszym zawodowym doświadczeniem. Wróćmy do Pana biografii: wielu widzów kojarzy Andrzeja Roga również ze spektaklami „Grupy Rafała Kmity”.

AR: No tak, ale to wszystko zaczęło się także w Teatrze STU. Rafał Kmita zaprosił mnie tam właśnie do zagrania w spektaklu „Aj waj…”. Potem współpracowaliśmy przy następnych tytułach, np. „Jeszcze nie pora nam spać” w Chorzowie. Parę rzeczy wspólnie zrobiliśmy.

DJ: A współpraca z „Piwnicą św. Norberta” ?

AR: To jakby „pączkowanie” Kabaretu Loch Camelot, do którego z kolei zaprosiła mnie Ewa Kornecka. Tam poznaliśmy się z Kazimierzem Madejem i Stefanem Błaszczyńskim. Kiedy Stefan wspólnie z Moniką Rasiewicz podjęli się realizacji muzycznych wtorków „Muzyka w przestrzeni słowa”, zaprosili mnie do współpracy. Tam pojawiła się  poezja Wojtyły, Norwida, tam zawitał również Białoszewski, Gałczyński i wielu innych.

DJ: W jednym z wywiadów powiedział Pan, że nie jest intelektualistą, a intuicjonistą i emocjonalistą. Ja się z tym nie do końca zgadzam. Dziękuję za Pana obecność i wypowiedzi podczas naszego spotkania w krakowskim Kinie Kijów - rozmowy poświęconej filmowi zrealizowanemu na kanwie dramatu Karola Wojtyły „Brat naszego Boga”. Zagrał Pan w tym obrazie żebraka, nie wypowiedział ani jednego słowa, a w pamięci widzów ta rola zapadła bardzo mocno, jest symboliczna. Skoro przywołana została twórczość Karola Wojtyły, to muszę zapytać, kiedy po raz pierwszy Pan się z nią zetknął?

AR: Sięgnąłem po nią stosunkowo późno. To była końcówka lat dziewięćdziesiątych XX wieku. W „Piwnicy św. Norberta” realizowaliśmy programy na bazie Jego tekstów.

A moją osobistą przygodę z twórczością Wojtyły rozpoczęła lektura wiersza, zaczynającego się od słów:
„Jakże się mam narodzić?

Czy pójdę światłem płynącym jak górski nurt,

a będę mówił: wyschło, wyschło, wyschło łożysko w potoku

i nagle się potknę, (nagle), jak dziecko o przeciągnięty sznur,

o myśl się potknę, o próg,

uderzy mnie w serce ta woda, nagle odbierze mi spokój.

Więc muszę pytać o źródło - ….”

DJ: Przywołuje Pan kolejne wersy tekstu pt. „Myśli człowieka przyjmującego sakrament bierzmowania w pewnej podgórskiej wsi”, napisanego w 1961 roku…

AR: … tak, i kiedy ten wiersz recytowałem nagle coś mi się zaczęło przypominać, zaintrygowały mnie słowa: próg, źródło. Uświadomiłem sobie, że to wszystko jest bardzo blisko „Krakusa” Cypriana Kamila Norwida. Obok postaci realnych, pojawiają się w tym dramacie - osoby fantastyczne. Owe magiczne postaci rozmawiają z Krakusem. On potyka się o Próg, a ten uczy Krakusa, np. bezsensu zemsty. A Źródło, a raczej strumień, mówi mu, że rodzi się w niebie, a dopiero potem zstępuje na ziemię. Zacząłem szukać. Czytałem „Wybrzeża pełne ciszy”, a cisza też jest tematem w wypowiedziach Starca. I tak znalazłem kilka wierszy, które dotykają tematów z „Krakusa” Norwida i wróciłem do tego dramatu. Stworzyłem scenariusz kompilując „Krakusa” z wierszami Wojtyły. Stworzyłem spektakl z songami, którymi były wiersze Papieża.

DJ: Spektakl znam, byłam na jego premierze, dziesięć lat temu z okazji 30-lecia mszy świętej na Błoniach podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Był to wówczas projekt zrealizowany z Baletem Dworskim „Cracovia Danza” oraz zespołem muzycznym pod kierownictwem Stefana Błaszczyńskiego. Swoją obecnością zaszczyciła nas wspaniała pani profesor Wanda Półtawska. Może tego „Krakusa” - być może w innej, szerszej, pełniejszej odsłonie - Kraków raz jeszcze zobaczy? Może kiedyś, w przestrzeni „Sceny Papieskiej” IDMJP2 ? W tym roku obchodzimy 40-lecie tej pielgrzymki …

AR: … a to wydarzenie, które odbyło się wtedy na Błoniach opisał w „Krakusie” Norwid. On tam pokazuje księcia krakowskiego, który wychodzi ze zniewolonego grodu. Następnie udaje się do Źródła, gdzie przeżywa swoistą inicjację, a potem wraca do owego grodu i obala czar niewoli pieśnią, nie mieczem. Tak można ten dramat streścić. Uważam, że właśnie tam na Błoniach, a wcześniej na placu Zwycięstwa w Warszawie, dokładnie czterdzieści lat temu, tak to się stało… Ten mój spektakl jest niezwykle trudny dla współczesnego odbiorcy, zwłaszcza młodego.

DJ: Norwid i Wojtyła to „wymagający autorzy”. Jestem jednak przeciwna myśleniu, że skoro trudne, to tego widzom nie możemy pokazywać. W ten sposób nazbyt często otrzymują miałką intelektualnie papkę. A na to jest we mnie niezgoda.

AR: Jakże bliskie są mi Pani słowa. Ja wciąż poszukuję nowych środków wyrazu do pokazania tego tematu, tych tekstów. Przecież nie możemy przełożyć Norwida na język polski…

DJ: … toż to najczystsza polszczyzna właśnie ?!…

AR: Tak, ale Szekspira czytamy w różnych przekładach, o czym Pani doskonale wie. Myślę, że mam już na to pomysł. Być może użyję innych środków ekspresji…

DJ: Widzę, że ten projekt cały czas w Panu ewoluuje,  poprzez pierwszą etiudę w „Piwnicy św. Norberta”, premierę sprzed dziesięciu lat i późniejsze prezentacje w Tyńcu. Wiem, że Ojciec Święty pobłogosławił Pańskiej pracy. Ważna była w tym kontekście Osoba Pani Profesor Wandy Półtawskiej.

AR: Pani Półtawska jest moją Matką Duchową i autorytetem. Nauczycielką życia, także poprzez nasze długie wspólne podróże, w czasach, kiedy służyłem Jej jako kierowca w drodze i z Jej wykładów. Miałem wtedy możliwość wysłuchania niezwykle ważnych treści o życiu, o duchowości, o odpowiedzialności, o tym, jak rodzą się konflikty małżeńskie, jak należy je rozwiązywać. Ta przyjaźń to historia na książkę, to zupełnie inny niż teatr i równie ważny rozdział w moim życiu.

Profesor Półtawska co miesiąc jeździła do Watykanu, na spotkania Papieskiej Rady ds. Rodziny. Bywała tam zazwyczaj tydzień. Kiedyś przedłożyłem Jej scenariusz tego mojego „Krakusa” i zapytałem czy ma sens, by poznał go Autor i zaopiniował. Ten scenariusz mam dziś ze sobą.

DJ: Widzę, że jest na nim autograf i błogosławieństwo Papieża. To relikwia.

AR: Na egzemplarzu „Tryptyku Rzymskiego” posiadam Jego imienną dedykację. Jestem wdzięczny Opatrzności, że Ojciec Święty, w natłoku wielu swoich spraw, nie zapomniał wtedy o mnie. Wracając do „Krakusa”, profesor Półtawska zawiozła Janowi Pawłowi II ten mój scenariusz. Akurat wtedy chorował na grypę i kurował się w Castel Gandolfo, a Ona siedząc przy łóżku Mu ten scenariusz przeczytała. Powiedział, że moja propozycja jest „trafiona w dziesiątkę”, ponieważ mając piętnaście lat czytał z wypiekami na twarzy „Wandę” i „Krakusa” Norwida. Krakus był idolem jego młodzieńczych lat. Po tym literackim doświadczeniu rozpoczęła się Jego osobista droga poznawania Norwida.

DJ: W Wadowicach, jako 17-latek recytował przed wybitną polską aktorką i recytatorką - Kazimierą Rychterówną - norwidowego „Promethidiona”. Owo podawanie słowa, doświadczenie recytatora i aktora ma ścisły związek z kształtem twórczości poetyckiej i dramatycznej Wojtyły. Jego poezje, jak i wiersze Norwida, są niesamowitą  przestrzenią interpretacji aktorskich, recytatorskich. W Pana życiu nasz czwarty wieszcz romantyczny również zajmuje wyjątkowe miejsce. To, że przerósł swoją epokę, że nadal zachwyca, że wciąż jest trudny to wiemy …

AR: … i dokładnie dziś mówimy o tym również w Tyńcu, podczas spotkań zatytułowanych „Norwidiana”, organizowanych od dwóch lat, zainicjowanych przez ówczesnego opata, ojca Konrada Małysa, z wykształcenia polonistę, z zamiłowania „norwidystę”. Czytamy kolejne wiersze z „Vade-mecum”, dyskutujemy…

DJ: Wspaniale! Zrealizował Pan również monodram „Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego. Widziałam, polecam.

AR: Ten monodram, który Pani wspomina ma dla mnie ogromne znaczenie. To moja reżyseria i moja własna adaptacja powieści Myśliwskiego, właściwie sprzed 20 lat. Grałem wtedy w „Piwnicy”, w „Camelocie”, w Teatrze Ludowym. Miałem wątpliwości czy działać dalej w tym zawodzie. Mogę powiedzieć, że rola Szymka Pietruszki przywróciła mnie do tego zawodu. Okazało się, że mam coś do pokazania, do powiedzenia. Gdyby nie było mojej samodzielnej pracy nad Szymkiem Pietruszką, to nie byłoby Rejenta Milczka w „Zemście” Aleksandra Fredry w Teatrze STU.

DJ: Mało kto wie, że pani Zofia Nowak i profesor Stanisław Balbus pozytywnie wypowiedzieli się o Pańskim „Takim większym weselu” Tadeusza Nowaka, zrealizowanym najpierw w ramach obchodów Kraków 2000, a potem w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.

AR: To jest powieść, a ja zrobiłem z niej dramat. Była dla mnie pretekstem do zaprezentowania poezji Tadeusza Nowaka, jego świetnych psalmów. Zaczęło się od naszego małego programu w „Piwnicy św. Norberta”.  A potem zająłem się pisaniem scenariusza. Intuicyjnie wybrałem wiersze, które pasują do tej opowieści o końcówce wojny. Cała ta dziejba, została przeze mnie inkrustowana pieśniami. W większości muzykę do nich zrobił Marek Bazela, trzy songi napisała Ewa Kornecka, jeden – Jan Kanty Pawluśkiewicz, a muzykę do prologu „Gdzie jesteście grajkowie” napisał Zygmunt Konieczny. Ja byłem pomysłodawcą i reżyserem, a scenografem i producentem - Kazimierz Madej. Prezentowaliśmy to najpierw podczas uroczystości Kraków 2000 z Magdą Walach, Sylwią Garbowicz – Chludzińską, Martą Grabysz, Przemkiem Brannym, Andrzejem Deskurem. Nie potrafiłem pożegnać się z tym tematem. Spektakl przeniosłem do Teatru w Tarnowie i nadałem tytuł „Targanie jabłek”. Na premierę przyjechała pani Zofia Nowak z profesorem Balbusem z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mam w domu list, w którym wyrażają swoją aprobatę.

DJ: Często jest tak, że aktor dojrzewa najpierw do reżyserowania siebie, a potem innych. Nie mogę nie zapytać Andrzeja Roga o to czym dzisiaj się zajmuje? O czym marzy, w sferze zawodowej oczywiście?

AR: Sam nie wiem. Mam głowę „naszpikowaną” niezrealizowanymi pomysłami. Teraz staram się odłożyć na bok wszystkie inne rzeczy i po ośmiu latach koncertów „Siła Miłości” na bazie poezji więźniarek z Ravensbrück odważyłem się złożyć wniosek do Ministerstwa Kultury o dotacją na wydanie książkowe z płytami DVD z tych kilku koncertów, które już zrealizowaliśmy, i w których dopracowaliśmy się pięknie wykonanych pieśni.

DJ: Ten spektakl inspirowany jest życiem i doświadczeniami profesor Wandy Półtawskiej.

AR: Tak. W całej tej pracy moim zamysłem było przekazanie emocji, uczuć, które doświadczyła Ona i jej przyjaciółki – współwięźniarki, a potem opisały w swojej poezji. Nasze drugie widowisko nosiło tytuł „Wieczór poetycki Grażyny Chrostowskiej”, aresztowanej w Lublinie w 1941 roku, rozstrzelanej rok później, świetnej polskiej poetki. Nie chcę w tych spektaklach przekazywać tylko i wyłącznie faktów historycznych, bo któż dziś pamięta, że zginęło tam ponad 30 tysięcy Polek, ale poprzez te wiersze, pieśni, chcę pokazać  emocje tych młodych kobiet. Na ekranie pokazujemy ich twarze. Kiedy widz usłyszy „Poszukiwanie” Teresy Charsdorf - Bronowiczowej, wiersz o tęsknocie do chłopaka, a potem pieśń „Przygotuj mi sukienkę” - w domyśle „bo wracam, bo chcę wyglądać jak dziewczyna, a nie jak heftling”, a potem jeszcze tekst „Kosodrzewina”, nie może pozostać obojętny. Chcę, by widz poznał się z Teresą, Grażyną, Zosią. Wierzę, że kiedy młody człowiek przyjdzie na nasz koncert, to dowie się, że zginęły tam dziesiątki tysięcy wspaniałych dziewczyn i być może zapamięta, że tam, w jeziorze, nieopodal obozu pływają ich prochy.

DJ: Poruszające są Pańskie słowa… Nie jesteśmy w stanie podczas tej rozmowy poruszyć wszystkich wątków Pana działalności, chociażby doświadczenia związanego z wykonywaniem pieśni żydowskich.

AR: Na nich się rozśpiewałem. Na bazie dramatu Antoniego Gołubiewa pt. „Szaja Eisenstok” wspólnie z Ewą Kornecką zrobiliśmy muzyczno-słowną opowieść o Żydzie, wiecznym tułaczu. Poprosiłem, dziś już niestety nie żyjącego, śp. Leopolda Kozłowskiego o to, by został naszym profesorem „od żydowskości”. On dał nam nuty i słowa dwóch piosenek tradycyjnych. Pamiętam jak po premierze pan Kozłowski wstał i powiedział: „Sto procent żydowskie”. Kasię Jamróz i mnie, a potem także Martę Bizoń zaprosił później do swojego programu pt. „Rodzynki z migdałami”. Chyba mogę tak powiedzieć, że jest to kultowy koncert, który odbywa się podczas finału Festiwalu Kultury Żydowskiej w Synagodze Tempel.  Budują ten program tradycyjne pieśni żydowskie oraz pieśni Leopolda Kozłowskiego i Jacka Cygana. Ten koncert przez wiele lat się wypełniał, rósł, także obsadowo. Muszę powiedzieć, że bardzo dużo nauczyłem się od pana Leopolda. Mówił mi: „Ty nie śpiewaj, ty tą piosenką opowiadaj historię”.

DJ: Kim jest dzisiaj Andrzej Róg?

AR: Naiwnym człowiekiem, który wciąż szuka prawdy. Powołam się na „Filozofię po góralsku” księdza profesora Józefa Tischnera. Opisał tam Sokratesa-Jędrusia Kudasika, a ten pewnego razu zaczął świecić ludziom latarką wprost w oczy. Zapytany: „Cóz robis?” Odpowiedział: „Sukom cłeka”. 

DJ: A w owym „sukaniu cłeka” na jakim jest Pan etapie?

AR: Cały czas poszukuję i muszę Pani powiedzieć, że mnie to rajcuje…

DJ: Coś w tym jest! Niech to zdanie pozostanie puentą naszej rozmowy, naszego spotkania, za które serdecznie Panu dziękuję.

Oceń treść:
Źródło:
;