Imieniny: Tekli, Boguslawa, Linusa

Wydarzenia: Dzień Spadającego Liścia

Wspomnienie św. Pio z Pietrelciny, prezbitera

Wywiady

 fot. Marcin Kleszcz

Już we wrześniu oficjalna premiera pierwszej książki Magdaleny Wolińskiej-Riedi pt. „Kobieta w Watykanie”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak. Z autorką, a zarazem korespondentką TVP z Rzymu i Watykanu, rozmawiamy o tym, jaka jest prawda o najmniejszym państwie świata.

Łukasz Kaczyński: Watykan to raj na ziemi czy złota klatka?

Magdalena Wolińska-Riedi: To trudne pytanie, bo wszystko zależy od punktu widzenia. Dla mnie Watykan to jedno i drugie. Dał mi on wielkie poczucie bezpieczeństwa oraz wrażenie bycia w miejscu zdecydowanie uprzywilejowanym, więc na pewno był swoistym rajem na ziemi. Ale jest też druga strona medalu: zdarzało się, że czułam się tam trochę zamknięta czy uwięziona, bo tak jak napisałam w książce - jest to jedyne państwo na świecie zamykane na klucz kwadrans przed 1 w nocy, a otwierane kwadrans przed 6 rano. Do tego dochodziło także poczucie odizolowania od świata zewnętrznego, trwania w specyficznym, zamkniętym środowisku, podczas gdy mój mąż przez wiele godzin dziennie pracował – czy to na służbie jako gwardzista, czy to w swojej drugiej roli: najpierw jako łącznik między gwardią szwajcarską a watykańskim ambulatorium, a potem jako odpowiedzialny za logistykę w koszarach.

Ł.K.: Ile lat mieszkałaś w Watykanie? I jak tamtejsza codzienność różni się od codzienności w Rzymie czy w Warszawie, skąd pochodzisz?

M.W-R.: Przez 16 lat, od 2003 roku, mieszkałam właśnie tam. Od czerwca ubiegłego roku mieszkam tuż obok bramy św. Anny – również w budynku watykańskim, w którym mieszczą się różne ambasady i mieszkają kardynałowie i biskupi, jednak już poza murami Watykanu. Codzienność watykańska jest zupełnie inna niż ta, którą znamy na co dzień. To maleńka społeczność na mikroskopijnym terytorium. Nigdy wcześniej nie żyłam w takim otoczeniu, byłam przesiąknięta realiami mojej rodziny, szkoły i studiów w Warszawie. W Watykanie zna się każdego, każdy zaułek i każdy kamień. Tam jest wszystko pod ręką – służba zdrowia, sklep i wszystkie podstawowe urzędy. Kiedy pewnego razu skończyła mi się ważność paszportu, w 5 minut miałam dokument podbity na kolejne 5 lat. Może to brzmieć zaskakująco, ale zapewnia to wielki komfort w codziennym życiu.

Ł.K.: Każdy może zamieszkać w Watykanie?

M.W-R.: Prawie nikt nie może! Wyjątkiem są członkowie gwardii szwajcarskiej i ich rodziny, które „wnikają” do Watykanu. To też jest zresztą obostrzone wieloma warunkami. Oprócz rodzin gwardzistów mieszka tam jedynie komendant żandarmerii watykańskiej z żoną i szef watykańskiej elektryki z żoną i dziećmi, no i kamerdyner papieski z rodziną. Poza nimi nie ma tam właściwie osób świeckich, zwłaszcza kobiet. Życie biegnie bardzo szczególnym rytmem, regulowane kategorycznymi zasadami zawartymi w kodeksie prawa watykańskiego. Obejmuje on też normy stanowiące o tym, kto może być obywatelem Watykanu. I tych osób jest naprawdę jak na lekarstwo: to 440 mieszkańców, z czego większość stanowią osoby duchowne, a świeckich kobiet jest niewiele ponad 20.

Ł.K.: A jakich miałaś najciekawszych sąsiadów?

Długo miałam tych samych sąsiadów, dlatego że tam się niewiele zmienia z biegiem lat. Przejęłam mieszkanie po osobistym kamerdynerze papieża Pawła VI. To właśnie on był przy papieżu, gdy ten umierał. Świadomość takich rzeczy sprawia, że w Watykanie mocno czuje się ciągłość historii. Moimi sąsiadkami przez kilkanaście lat były siostry prezentki z Polski. Miałyśmy bardzo serdeczne relacje, które pozwalały mi czuć się jak w domu, bo wymieniałyśmy się polskimi potrawami czy podlewałyśmy sobie nawzajem kwiaty podczas nieobecności którejś z nas. Dawało to namiastkę normalności, zwyczajności, a z drugiej strony, kiedy zerkałam przez okno mojego pokoju, widziałam Pałac Apostolski, który uświadamiał mi, w jak niesamowitym miejscu tak naprawdę przebywam.

Ł.K.: Relacje mieszkańców z papieżem są chyba bardzo bliskie? Pewnie niejednokrotnie zdarzyło Ci się gdzieś po prostu natknąć na Ojca Świętego?

M.W-R.: Zorganizowanych spotkań mieszkańców z papieżem jest niewiele, ale wielokrotnie można go spotkać w codziennych, prozaicznych sytuacjach, idąc na popołudniowy spacer albo jadąc rowerami z dziećmi w sobotni poranek do Ogrodów Watykańskich. Takie nieoczekiwane zetknięcia z nim zawsze są sympatyczne. Franciszek, podobnie jak wcześniej Benedykt XVI, zawsze interesował się tym, co u nas słychać, i zwyczajnie o to pytał.

Ł.K.: Dużo się zmieniło w Watykanie po wyborze papieża Franciszka?

M.W-R.: Tak, na pewno sama logistyka życia – choćby miejsce, w którym zamieszkał. Może to prozaiczna zmiana, ale z pewnością zasadnicza, bo po raz pierwszy papież nie mieszka w Pałacu Apostolskim. Dla nas – mieszkańców – było to czymś, z czym trzeba było się dopiero oswoić. Przez to przewartościowało się podejście do papieża i postrzeganie jego pontyfikatu. Podobnie zmiana samochodu na niezbyt luksusowy. Franciszek często też chodzi piechotą, nie ma sekretarzy u boku, jak to było w przypadku Benedykta XVI czy Jana Pawła II. Sam decyduje o wszystkim i to jest piękne, ale nie ma już tego porządku, który panował wcześniej.

Ł.K.: Wyjątkowe relacje łączą Cię z Benedyktem XVI – udzielał on Twoim córkom chrztu św. Musiało to być chyba wielkie przeżycie?

M.W-R.: Tak, to było wspaniałe, zwłaszcza że rzadko dochodzi do takich sytuacji, bo papież udziela chrztu tylko raz w roku – w Niedzielę Chrztu Pańskiego – i to wyłącznie dzieciom, które nie ukończyły jeszcze 5. miesiąca życia. To są dzieci albo mieszkańców, albo pracowników Watykanu. Mocno to przeżyłam, miałam zresztą wrażenie, że Benedykt XVI również. Podczas uroczystości jest taki moment, kiedy matka przedstawia dziecko Ojcu Świętemu, podchodzi bezpośrednio do niego. Pamiętam, że kiedy papież mnie zobaczył, ożywił się, bardzo serdecznie się uśmiechnął i jako jedynej z matek zrobił mi znak krzyża na czole. Potem też, kiedy udzielał sakramentu, zatrzymał się dłużej przy mojej rodzinie, bo nas wcześniej znał. To właśnie on pobłogosławił moje małżeństwo, jeszcze jako kardynał. I ta szczególna więź między nami pozostała na zawsze.

Ł.K.: Na ile swobody może sobie pozwolić mieszkaniec Watykanu, który jest jednocześnie dziennikarzem?

M.W-R.: To jest dość cienka linia i zawsze istnieje ryzyko jej przekroczenia. Chyba nietrudno to sobie wyobrazić. Obserwujesz, co dzieje się wokół, wiesz wiele, widzisz papieża, który na przykład czasem kuleje, a ty znasz tego przyczynę. Z jednej strony jesteś dziennikarzem, ale z drugiej – nie biegniesz do mediów z takimi tematami. Nigdy nie miałam problemu z tym, że etyka i lojalność wobec pewnych zasad panujących w Watykanie powinna być silniejsza niż chęć bycia pierwszą w podawaniu newsów, które nie wnoszą niczego oprócz wywołania zamieszania w mediach. Natomiast często dementuję informacje, o których wiem, że nie są prawdziwe. Wtedy nie waham się zabrać głos.

Ł.K.: Dużo pracy ma dziennikarz w Watykanie?

M.W-R.: Ja mam dużo pracy, bo jestem korespondentką na szerszym obszarze niż sam Watykan. Ale dziennikarz pracujący tylko w Watykanie również ma sporo do roboty, bo papież Franciszek jest bardzo ciekawym człowiekiem. Teraz przed nami Afryka. Uczestniczę w wielu papieskich pielgrzymkach na całym świecie, a także w takich wydarzeniach, jak synody, które interesują ludzi. Przy obecnym Ojcu Świętym nieustannie coś się dzieje.

Ł.K.: Co wyjątkowego daje czytelnikowi Twoja książka?

M.W-R.: Ona jest swoistą odpowiedzią na moją potrzebę ukazania Watykanu takim, jaki jest naprawdę. Chciałam między innymi zdementować różne pogłoski, które nie są prawdziwe. Choćby opinię, że zachowanie papieża Franciszka to pewna poza przybierana po to, by przyciągnąć ludzi. Bardzo często to słyszę. A prawda jest taka, że on rzeczywiście taki jest. Chciałam więc opowiedzieć to, czego sama doświadczyłam. Chciałabym, by czytelnik poznał Watykan, jakiego nikt nie zna... bo to fascynujący maleńki świat. A myślę, że tylko osoba, która przeżyła tu tyle lat, jest w stanie opisać pewne sprawy w sposób wiarygodny. W każdym z 12 rozdziałów poruszam inny aspekt, a nicią łącząca wszystkie części jest to, że pokazuję to miejsce widziane moimi oczami, przy czym raz to są oczy dziennikarki, innym razem mieszkanki, która musi się mierzyć z różnymi problemami codzienności, a jeszcze innym – oczy matki.

**********************************************************************************

Książkę „Kobieta w Watykanie” w przedsprzedaży można nabyć tutaj: bit.ly/2Yz08NW

Oceń treść:
Źródło:
;