Imieniny: Mateusza, Izaaka, Stanislawa

Wydarzenia: Międzynarodowy Dzień Niewidomych

Wspomnienie świętych Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, pierwszych męczenników Polski

Jaśniej

dzieci nienarodzone fot. KP/Fra3.pl

Kiedy słyszę: „Bóg tak chciał”, „Taka jest wola Boża” itp. wszystko się we mnie trzęsie. W ustach wielu ludzi - księży też - słowa te brzmią jak banał. Na zasadzie: daj już spokój, odczep się od przeszłości, zacznij żyć!

 

Sama straciłam dwa lata temu dziecko - zmarło po ciężkiej chorobie. Patrzyłam na jego cierpienie, widziałam, jak wali się nasze życie małżeńskie (mąż uciekał z domu, dzieci pozamykały się w swoich małych światach). Najgorsza była bezradność. Po śmierci Marcinka przestałam się modlić i chodzić do kościoła. Czy Bóg tak chciał? Naprawdę?... Dziś już jest lepiej. Ksiądz mnie pewnie nie pamięta, ale od pół roku przychodzę na spotkania wspólnoty rodziców w żałobie „Dzieci Światła”. Dzięki Księdzu i ludziom, których tam spotkałam, powoli odbudowuję swoją wiarę. Dziękuję za to. A wraz ze mną powraca do Jezusa moja rodzina, choć najtrudniej jest z szesnastoletnią córką Dominiką. Totalnie się zamknęła. Nie wiemy, co robić (…).

Jak to jest z tą „wolą Bożą”? Naprawdę On chce cierpienia, niczym niezawinionej śmierci dzieci? Dobrze Mu z tym, gdy patrzy na dziecięce oddziały onkologiczne całego świata? Przeczytałam kiedyś takie zdanie: „On zrani, On także uleczy, skaleczy - i ręką swą własną uzdrowi”. Bóg rani? Przecież jest miłością… Proszę o odpowiedź, bo chyba od tego wszystkiego zwariuję. I niech się Ksiądz modli za mnie i całą moją rodzinę. Żebyśmy wreszcie przeszli przez tę górę. Marta L.

 

Pamiętam Panią, Pani Marto. I noszę w sobie pamięć wielu historii podobnych do tej, którą Pani opowiedziała w swoim liście. Nie ma gotowych odpowiedzi, recept na dobre przeżycie żałoby.

Przez ponad 20 lat spotkań naszej grupy nigdy nie znalazłem w sobie odwagi, by odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Dlaczego dziecko umarło? Dlaczego zdarzył się ten wypadek? „Dlaczego Paweł nie żyje? Nigdy nie opuścił pierwszego piątku?” - wykrzyczała mi kiedyś jedna z mam. „Był dobry, lubiany przez kolegów, w każdą niedzielę klękał do Komunii św. Dlaczego akurat na jego samochód najechała ciężarówka? A bandyci chodzą ulicami. I mają się dobrze. Dlaczego ich Bóg nie zabrał…?”, itp. Nie znam odpowiedzi. Nie zna jej nikt z ludzi.

Ja też się buntuję przeciw bezrefleksyjnemu „okraszaniu” pocieszeń słowami: „Taka była wola Boża!”. Kim ja jestem, by tak sądzić. Jakimż ja jestem autorytetem, by tak twierdzić. Co jest wolą Pana Boga? Nie trzeba wielkiej filozofii, aby odpowiedzieć na to pytanie. Wolą Boga, który jest Miłością (a cała Biblia to jeden wielki komentarz do tej prawdy), jest nasze szczęście. On chce, abyśmy mieli „życie w obfitości”(por. J 10,10) i by ta „obfitość” zaprowadziła nas do nieba, gdzie zamieni się w „nieskończoną” radość bycia z Bogiem. Zapłacił za to najwyższą cenę, gdy „tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.”(J 3,16).

 

Czy Bóg potrafi płakać?

Jezus kochał dzieci, brał je na kolan, błogosławił i mówił, że do takich należy Królestwo niebieskie (por. Mt 19,14-15). Czy wobec tego miłe jest Mu ich cierpienie? Nie.

Czasem się zastanawiam: czy Pan Bóg potrafi płakać? Myślę, że tak. Że płakał razem z Panią, nad Wami, gdy widział wasz ból. I płakał z tymi wszystkimi, którzy zostali zranieni faktem śmierci swoich bliskich. Był w Auschwitz. I jeszcze raz Bóg Ojciec - patrząc na zabijanych, głodzonych, dobijanych zastrzykiem fenolu - przeżywał śmierć swojego Syna. Jest na oddziałach onkologicznych całego świata, wszystkich OIOM-ach. I w obecnych tam dzieciach widzi swoje Dziecko… 

Ciekawe, że ewangeliści pokazują nam Jezusa, który płacze, tylko w dwóch sytuacjach: gdy patrzył na Jerozolimę, która nie rozpoznała czasu swojego nawiedzenia (por. Łk 19,41-44) i gdy stał przy grobie przyjaciela Łazarza (por. J 11,33). Nie płakał nad sobą, nawet wtedy, gdy zawisł pomiędzy niebem i ziemią na krzyżu. Płakał nad ludzką nędzą, cierpieniem.

Dlaczego zatem umierają dzieci? Dlaczego pijany kierowca wpada rozpędzony na chodnik i zabija dziewczynki wracające do domu ze szkoły? Sedno problemu nie dotyczy Boga, ale ludzkiej wolności. Bóg ją nam dał bez ograniczeń. Jak pisał św. Jan Paweł II, „zaryzykował wolność”. Pierwsza „skucha” miała miejsce już w rajskim ogrodzie. Znamy dobrze tę historię: człowiek odwrócił się plecami do swojego Stwórcy, chociaż miał wszystko. A później historia zaczęła się aktualizować w życiu innych. Tak naprawdę - w życiu każdego z nas. Im większa władza, większe ego, większe możliwości budowania struktury zła (Hitler, Stalin, Pol Pot i inni), tym straszniejsze skutki. 

W skażonym toksyną grzechu świecie pojawiły się cierpienie, choroby, chaos, lęk. Nie były one zamierzone przez Pana Boga. Pojawiły się jako konsekwencja grzechu pierworodnego - i naszego grzechu.

 

Niezawinione 

Zapyta Pani: ale o jakim grzechu można mówić w kontekście dziewięcioletniego dziecka? Bzdura!...

Tak, to bez sensu. Chodzi tu raczej o całościowe spojrzenie na problem. Pan Bóg, szanując naszą wolność, dopuszcza cierpienie i śmierć, wraz ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu. DOPUSZCZA - to ważne słowo. Tak, jak dopuścił Golgotę. Tam Jezus wziął na siebie wszystkie nasze grzechy, dlatego w Nim dokonało się nasze zbawienie. Ze zła - empirycznie dotykalnego, potwornego - zrodziło się nieskończone dobro.

Wielkość Pana Boga polega na tym, że ze zła potrafi wyprowadzić dobro. Wiem, że trudno to teraz Pani zrozumieć i przyjąć, ale znam wiele osób, dla których cierpienie, śmierć stały się okazją do totalnego przebudowania hierarchii wartości w życiu, w ustaleniu nowych priorytetów. Do pogłębienia wiary, nawrócenia. Przecież Pani dziecko żyje! Najprawdopodobniej jest szczęśliwe, bo - jak Pani zauważyła - nie miało czasu na to, by „nazbierać” grzechów. Jest w niebie. Taka jest nasza chrześcijańska nadzieja.

A my? Co z tymi, którzy pozostali na ziemi? Z naszą tęsknotą, pogmatwaniem, małą wiarą? Mówi się, że gdy Pan Bóg zamyka drzwi, otwiera okno. „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść - pisze św. Paweł - lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać (1 Kor 10,13). Sam, kiedy żalił się na cierpienie, które musiał znosić - nazywając je „ościeniem dla ciała” (prof. W. Chrostowski stawia tezę, że prawdopodobnie był to skutek kamienowania, po którym pozostawiono Pawła, sądząc, że nie żyje) - usłyszał: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9).

 

Na miarę…

Istnieje legenda opisująca rozmowę człowieka z Panem Bogiem. Była to właściwie skarga, że krzyż jest zbyt ciężki, niewygodny, że nie na miarę… W odpowiedzi Bóg zaprowadził go do sali, gdzie stała ogromna ilość krzyży i zaproponował, by sobie wybrał taki, który mu będzie najbardziej odpowiadał. Człowiek długo szukał. Jeden był zbyt długi, inny za krótki. Gdy wielkość i ciężar były w sam raz, okazywało się, że krawędzie belki są zbyt ostre itd. Wreszcie trafił na krzyż, który idealnie pasował. Wziął go ze sobą i pokazał Bogu, prosząc, by mógł go zabrać. I wtedy usłyszał: - To, moje drogie dziecko, jest ten krzyż, który niesiesz całe życie. Wybrałeś go. On jest na twoją miarę…

Pani Marto, cytuje Pani słowa z Księgi Hioba: „On zrani, On także uleczy, skaleczy - i ręką swą własną uzdrowi” (Hi 5,18). Napisane zostały w specyficznym kontekście - pierwszą część razy należy rozumieć: On dopuszcza rany… Ale też uzdrawia. Historia Hioba była wielką próbą. Wyszedł z niej zwycięsko, ponieważ nie zwątpił w to, że Bóg cały czas był z nim. W cierpieniu i upodleniu, nawet w zwątpieniach.

Gdy umierał ks. Józef Tischner, bardzo przy tym cierpiąc, któryś z przyjaciół zapytał: - Czy cierpienie uszlachetnia? Nie mogąc już mówić, pokręcił przecząco głową. Nie uszlachetnia… Cierpienie jest złe. Tu nie ma z czym polemizować. I nie uszlachetnia. To Bóg uszlachetnia! - pod warunkiem, że z Nim razem je przeżywamy. To Jego mocą rodzi się świętość, nawet wtedy, gdy towarzyszy temu wielki ból. Czasem dostajemy łaskę, dzięki której zaczynamy rozumieć, że staje się ono PRZYWILEJEM towarzyszenia Jezusowi w Jego cierpieniu. Solidarnością z Ukrzyżowanym.

Bywa, że - jak pisał w „Małym Księciu” Antoine de Saint-Exupéry - „mowa jest źródłem nieporozumień”. Słowa - nadmiar słów! - sprawiają, że prawda zostaje zadeptana. Umykają nam rzeczy najważniejsze. Czasem, stając w obliczu cierpienia i śmierci, zamiast serwować „złote myśli” i obdarowywać banałami, lepiej zamilknąć.

Po prostu: BYĆ.

Oceń treść:
Źródło:
;