Imieniny: Kingi, Krystyny

Wydarzenia: Święto Policji

Wspomnienie św. Kingi, dziewicy

Wywiady

ksiądz fot. E. Bartkiewicz / episkopat.pl

O tym, że pandemia to zły czas na refleksję i w jakim kierunku zmierza polski Kościół, mówi ks. dr hab. Robert Skrzypczak, publicysta, duszpasterz akademicki, profesor Akademii Katolickiej w Warszawie.

 

Papież Franciszek powiedział, że „doświadczając pandemii, musimy jeszcze raz przemyśleć styl swojego życia, nasze relacje, organizację naszych społeczeństw i wreszcie zapytać o sens naszego życia”. Pandemia to dobry czas na refleksję?

Pandemia to zły czas na refleksję. Dobry mamy wtedy, gdy człowiek jest wolny i nie pozostaje pod żadną presją, naciskiem. Ale najczęściej jest tak, że dopiero właśnie te złe czasy zmuszają człowieka do myślenia. Oczywiście z jednej strony mamy wtedy potrzebę sięgnięcia po szerszy horyzont, dlatego też niektórzy uciekają w przyszłość i zaczynają budować nową iluzję w oparciu o obietnice, które człowiekowi zawsze składają nauka, socjologia, polityka. Stąd właśnie pod przykryciem pandemii zaczyna kluć się wiele nowych projektów przebudowy świata. One mają zwykle takie nieczytelne tytuły, które brzmią futurystycznie, zachęcająco i intrygująco, jak „wielki reset”, „kapitalizm inkluzywny” czy „agenda 2030”. Czasem człowiek czuje potrzebę poszerzenia horyzontu, gdy postawiony jest przed doświadczeniem granicznym, które budzi lęk, niepewność, sięga wówczas po doświadczenie mądrości przeszłości, wcześniejszych pokoleń i szuka punktu odniesienia w czymś od niego niezależnym, trwałym, obiektywnym. Przychodzi więc potrzeba sięgnięcia do religii, wiary, Objawienia. Widać też, że niektórzy - pod przykrywką pandemii - szukają schronienia w religii, szukają tego, co daje wiara chrześcijańska, czyli poczucia bezpieczeństwa.

Im dalej w pandemię, tym więcej osób wierzących ma zapotrzebowanie na modlitwę na kolanach, na adorację, dba o jakość przyjmowanej Komunii św. Inni natomiast chcą sobie wybudować pewne zastępcze poczucie bezpieczeństwa w tworzeniu nowej religii. Mam na myśli napędzane pandemią albo dokonywane pod przykrywką pandemii próby tworzenia nowego Kościoła przyszłości - nawiązuję do tak zwanej drogi synodalnej Kościoła w Niemczech.

 

Zamknięcie kościołów, zwłaszcza w okresie Wielkanocnym, tak ważnym dla katolików, budziło sprzeciw. Jednak mimo zniesienia obostrzeń świątynie nie wypełniły się wiernymi tak, jak przed pandemią…

Chciałbym, żeby to budziło ogromny sprzeciw, bo miałem zupełnie inne obserwacje. Większość pokornie się temu poddała: pasterze, biskupi, wierni. Z niepokojem, a nawet poczuciem wewnętrznej grozy obserwowałem nawoływania chociażby biskupów francuskich czy włoskich, by pozostać w domu. Zaskoczyła mnie ta szybka skłonność wierzących do poddania się restrykcjom, bo właściwie tylko jednostki miały potrzebę przeciwstawienia się tym decyzjom. Co prawda, w przypadku drugiej fali było już trochę inaczej, gdy ludzie zorientowali się, iż nakładane restrykcje nie są proporcjonalne do zagrożenia. Coraz więcej osób zdało sobie sprawę, że co innego jest na rzeczy, że pandemia, pretekst lęku przed zachorowaniem jest wykorzystywany do wyeliminowania religii z przestrzeni publicznej. Usiłowano przyzwyczaić nas do tego, że wiara może być prywatna, po domach. Stąd protesty, które zaczęły się np. we Francji, niosły nadzieję. Msze były odprawiane na zewnątrz zamkniętych kościołów, w Stanach Zjednoczonych środowiska tradycyjnych katolików i ortodoksyjnych Żydów skierowały sprawy do sądów i wygrały.

 

Musimy chyba uderzyć się w piersi, bo polscy kapłani - oczywiście nie wszyscy - raczej nie do końca zdali ten egzamin… Wielu wiernych czuło się pozostawionych samym sobie.

Tak, pandemia stała się jakby szkłem powiększającym, przez które widać wyraźniej, co się z nami dzieje. Poruszyła w nas lęk, a lękliwość powoduje, że człowiek nie staje się odważniejszy, bohaterski, tylko karłowacieje, kurczy się w sobie. Zresztą słowo Boga mówi, że człowiek - będąc niewolnikiem strachu przed śmiercią - staje się zmuszony do czynienia zła. Rzeczywiście pandemia - pod presją autentycznego czy sztucznie wykreowanego lęku, niepewności jutra - pokazała nasze rozleniwienie, konformizm. Zarówno pasterze, jak i rodziny, ludzie identyfikujący się z Kościołem staliśmy się trochę tłustymi kotami: przyzwyczajeni do katolicyzmu wygodnego, uprawianego z rozpędu, niewymagającego, niestawiającego nas w obliczu radykalnych ruchów. Kiedy przyszła możliwość wycofania się, skorzystania z dyspensy, wielu ludzi z tego skorzystało. Niestety także po stronie naszej, księży, pojawiła się postawa rezygnacji, machnięcia ręką. Jestem bardzo poruszony, że czasami za tym, co obserwujemy, czyli wycofaniem się wielu ludzi z potrzeby sakramentów, wspólnej modlitwy, liturgii, wspólnotowości, stoi pokusa indywidualizmu, własnej wygody. W tym epidemia „poszła nam na rękę”.

 

Ten konformizm jest mocno widoczny u młodego pokolenia. Księdza diagnoza co do niego nie jest zbyt optymistyczna.

To akurat diagnoza, której nie postawiła pandemia, bo ten stan rzeczy trwa od lat. Dawniej prerogatywą młodości był bunt, chęć rewolucji, naturalna niezgoda na cuchnącą obłudę, nieautentyczność. Dzisiaj natomiast mamy młode pokolenie, które przywykło do wygody, świętego spokoju, rozrywki niewymagającej zaangażowania, podanej na tacy, w stylu: „bawcie mnie”. Jeśli ktoś dzisiaj sięga po bunt, jest on najczęściej sztucznie wygenerowany przez serwisy, media społecznościowe. Ktoś rzuca pretekst, budzi atmosferę moralnej paniki, zagrożenia. Przykładem może być trwający obecnie w USA konflikt, który miał u podstaw słuszną troskę, że ludzie nie powinni się nienawidzić, krzywdzić z powodu koloru skóry, a teraz właściwie został doprowadzony do groteski: jedni klękają na murawie w geście solidarności z winnymi uchybień, inni gwiżdżą albo odwracają się plecami. Podobnie sztucznie generowany temat aborcji, która jest przedstawiana jako gwarancja wolności nowoczesnej kobiety… Te nienaturalne twory powodują bunty, które trwają pięć minut, a potem rebeliantki z piorunem na czole szybko wracają do domu z potrzeby prysznica i wygodnego łóżka.

Jesteśmy społeczeństwem, które stawia na wygodę, kompromis i te pseudoideały zaczynają przenikać do naszego duszpasterstwa, zaś pomieszane z wartościami ewangelicznymi i katechezą chrześcijańską osłabiają lub wręcz zatruwają tę katechezę.

 

Co czeka nas, Katolików? Kościół przetrwa czy zbierają się nad nami czarne chmury?

Kościół przetrwa, tylko punkt ciężkości, najpiękniejsze sposoby jego przejawiania się przeniosą się na ludzi, którzy są na to gotowi. W różnych częściach świata katolicyzm kwitnie, jest piękny, a moce przerobowe Kościoła nie wystarczają, by sprostać potrzebie wielu ludzi do zbliżenia się do Chrystusa. Mamy boom chrześcijaństwa w Azji i Afryce - papież Benedykt nazwał tę drugą duchowym płucem Kościoła. Natomiast w społeczeństwach sytych, zabezpieczonych i skoncentrowanych na sobie świata zachodniego wiara umiera. Nie dlatego, że nie słuchają proroków czy nie są wrażliwi na świadków, tylko dlatego, że ich nie znajdują. A jeśli tacy się pojawiają, odnoszą się do nich z niedowiarstwem, chcą weryfikować ich wiarygodność. Tak jest w przypadku Jana Pawła II. Bez wątpienia był dla mnie, mojego pokolenia kimś niezwykle ważnym. Pokazał nam, jak to jest mieć świętego blisko siebie. To nas uszlachetniło, odmieniło, wzbudziło ogromną ilość powołań, przejawów szlachetności. A teraz przyszedł czas na weryfikowanie tego - takie nakłuwanie mięsa widelcem: czy jest do zjedzenia, czy może surowe. Nie ma się co dziwić, że młodzi ludzie, którym nie dano wiarygodnych wzorców, niezawodnego azymutu na to, co dobre i co prawdziwe, na widok pomnika Jana Pawła II czy Matki Teresy będą mieli potrzebę powiedzieć do ich zwolenników: „sprawdzam”. Chcą sprawdzić, czy chodzi o prawdziwych chrześcijan. czy żyje w nich Chrystus. A jak rozpoznać Chrystusa w ludziach? Po religijności, dobrym wychowaniu, uregulowanym życiu społecznym? Nie. Chrześcijanina poznamy po tym, czy umie kochać nieprzyjaciół, przebaczać, odpowiadać dobrem na zło, nawracać się, gdy przyjdzie potrzeba. To jest wyzwanie, jakie stoi przed otyłym, podstarzałym Kościołem w Polsce, który przeżył piękny moment, ale nie potrafi poruszać się naprzód. Skończyły się czasy odcinania kuponów od tego, co było, od czasów św. Jana Pawła II, kard. Wyszyńskiego, ks. Popiełuszki. Potrzebujemy przejąć się tym, że mamy nowych ludzi, którzy nie widzą Boga w swoim życiu, którym nikt wiarygodnie Go nie pokazał. To neopoganie, którzy potrzebują misjonarzy, kerygmatu, świadectwa. A my potrzebujemy żyć nawróceniem i modlitwą - nic nowego się tu nie wymyśli. 

Dziękuję za rozmowę.

Oceń treść:
Źródło:
;